Operacja C

Standard

Jakiś czas temu pojawił się rzekomy “testament władz Solardii”, oddający Cyberię Hasselandowi. Okazał się żartem. Ale teraz chyba mamy fakt, któremu zaprzeczyć nie sposób: strona internetowa Solardii nie istnieje. Solardia zniknęła.

Ce

Dla nas kluczowe było pytanie, co dalej z Cyberią? Gdy Hasseland nie funkcjonował, a Hasselandczycy  gościli w Sarmacji, Rząd Emigracyjny na prośbę Solardii oddał ziemie cyberyjskie w jej administrację. Był to błąd. Wiemy doskonale, że od dawna panuje tam głód i nędza, że mieszkańcy jęczą pod obcą okupacją. Hasseland nie może pozostać obojętny wobec losu naszych rodaków i ziem, tak przez Solardię zniszczonych.

Podjąłem więc decyzję. Utworzyłem 3. Flotę Ekspedycyjną w składzie: niszczyciel “Król Janusz I”, korwety “Ashtala”, “Suratta”, okręt logistyczny “Angemont”, okręty desantowe “Aligator” i “Kajman”, dwa statki transportowe; Desantową Grupę Operacyjną “A” w sile dwóch batalionów, wystawianą przez 1. Dywizję Hasselandzką (11. Brygada), w tym 10 pojazdów pancernych; Lotniczą Grupę Operacyjną “B” w sile jednej eskadry.

25 maja rozpoczęiśmy akcję C. Celem akcji jest otoczenie opieką mieszkańców Cyberii, których los po upadku Solardii jest zagrożony. Nasza akcja nie jest wymierzona przeciwko komukolwiek, a stanowi operację pokojową, przeprowadzaną pokojowymi środkami, ubezpieczaną przez nasze siły zbrojne.
Postanowiłem:

Rozkaz Nr C-1

1. W ramach Akcji C, jednostki Królewskiej Armii Hasselandu zabezpieczą pokóji bezpieczeństwo mieszkańcom Cyberii.
2. Nadrzedną zasadą Akcji C jest niestosowanie siły. Użycie siły możliwe jest tylko w celu obrony.
3. Celem Akcji C nie jest zajęcie jakiegokolwiek terytorium, a zapewnienie pokoju i dobrobytu mieszkańcom Cyberii.

26 maja 2017 r. wojska hasselandzkie dotarły do zrujnowanej Valtarii. Operacja pokojowa trwa. Jeden ze statków transportowych wyładowuje 10 ton żywności oraz lekarstwa dla głodujących i chorych Cyberyjczyków.

Modyfikuj wiadomość

Wizyta Dymitra

Standard
Oto opowiadanie, które otrzymało ZŁOTY LAUR w konkursie zorganizowanym przez Króla Hasselandu. Gratulujemy!
zÅ-oty laur
I

Jest godzina 2:30 w nocy. Głośny dźwięk budzika przerywa sen Dymitrowi. Zaspany Dymitr wstaje z łóżka, jeszcze na wpół przytomny wyłącza budzik, włącza światło i udaje się do łazienki gdzie bierze szybki, pobudzający prysznic. Następnie sięga do lodówki po resztki pizzy która została mu z wczoraj, wkłada je do mikrofalówki, podgrzewa i je. Zachowuje się przy tym dosyć głośno – nie musi zachowywać ciszy bo w wynajmowanej przez siebie kawalerce mieszka sam. Po spożyciu “śniadania” Dymitr ubiera się, bierze swoje walizki i opuszcza kawalerkę. Będąc na zewnątrz dzwoni po taksówkę. Taksówka przyjeżdża a Dymitr każe jechać na Dworzec Główny.

Przedmieścia Kranodarskiej Gory pogrążone są we śnie. Oświetlonymi ulicami poruszają się tylko bardzo nieliczne samochody, w tym taksówka z Dymitrem. W sporych domach, pospolicie występujących w tej okolicy, wszystkie światła są zgaszone. Po chwili taksówka wjeżdża do centrum Kranodarskiej Gory. Ruch jest tutaj całkiem spory jak na godziny nocne. Taksówka zajeżdża na Dworzec Główny, Dymitr płaci za przewóz, bierze swoje walizki i udaje się na terminal odjazdu autobusów. Wpół do piątej nad ranem, na terminal zajeżdża duży autobus z napisem “IWANOGRÓD” na tablicy elektronicznej. Dymitr zostawia swoje bagaże w luku i zajmuje miejsce w autobusie. Po pięciu minutach autobus odjeżdża z dworca i udaje się na autostradę.

W tym miejscu warto wspomnieć kim jest owy tajemniczy Dymitr. Otóż Dymitr Czajek (tak brzmi jego nazwisko) ma 27 lat, jest inżynierem i pracuje w firmie produkującej sprzęt elektroniczny. Jego firma ma swoje siedziby w Brodrii, Hasselandzie i Bialenii. Dymitr biegle zna język razuryjski więc firma wysłała go w dwutygodniową podróż służbową do Hasselandu do pracy nad jakimś projektem.

O ósmej rano autobus zajeżdża do Iwanogrodu. Dymitr bierze swoje bagaże, kupuje w najbliższym kiosku bilet na komunikację miejską i autobusem udaje się na lotnisko. Podczas drogi z dworca na lotnisko Dymitr przygląda się Iwanogrodowi – nowej stolicy Brodrii. W centrum stoją już nowe budynki i panuje duży ruch. W miarę przemieszczania się do dzielnic oddalonych od centrum, wzrasta liczba budynków w budowie. Po ulicach jeździ wiele samochodów na rejestracjach spoza Iwanogrodu oraz ogromna ilość ciężarówek do przeprowadzek. Te dzielnice są dopiero zaludniane. Wreszcie autobus przyjeżdża na lotnisko. Dymitr udaje się na terminal odlotów, przechodzi odprawę i idzie do poczekalni. Jego samolot do Angemont ma odlecieć o 10:20, czyli bez opóźnień. Tak też odlatuje. Podczas lotu otrzymuje skromny posiłek. Po przeszło trzygodzinnym rejsie samolot ląduje na czas w Angemont. Dymitr opuszcza samolot, udaje się na terminal, odbiera bagaż i kupuje bilet na autobus do Shimontsen (bo to właśnie w Shimontsen znajduje się siedziba jego firmy).

II

Jest godzina 15:30. Dymitr dotarł właśnie do Shimontsen. Spotkanie w firmie ma zaplanowane na godzinę 18:00 więc może sobie jeszcze pozwolić na chwilę by rozglądnąć się po mieście. Shimontsen nie jest dla niego miejscem nowym. Był tutaj pięć lat temu, jeszcze jako student uczelni w Sankt Mikhailovie, na wymianie połączonej z zagranicznymi praktykami. Ten semestr który Dymitr spędził w Shimontsen, pozwolił mu opanować język razuryjski w stopniu biegłym a także poznać dobrze kulturę razuryjską.

Pierwszym miejscem w które Dymitr postanowił się wybrać jest dzielnica Ranthan. Ranthan to część Shimontsen zamieszkana głównie przez Razuryjczyków. Podczas spaceru przez ta dzielnicę Dymitr przypominał sobie czasy studenckie a w szczególności praktyki w Hasselandzie. Odczuwa też potrzebę zobaczenia się ze znajomymi Razuryjczykami których wtedy poznał. Z kilkoma z nimi utrzymuje od czasu do czasu kontakt, głównie poprzez e-maile. Jednak pierwszą potrzebą którą musi zaspokoić jest wielki głód. Dlatego spożywa obiad w jakiejś restauracji. Po wszystkim jest już godzina 17:00 więc zbiera się szybko do siedziby swojej firmy. Spotkanie w firmie rozpoczyna się równo o 18:00 i trwa aż do 20:30. Podczas tego spotkania Dymitr wraz z pozostałymi pracownikami zostaje zapoznany z zadaniami które będą wypełniali w następne dni. Jego grafik będzie bardzo zapchany – czeka go codzienna praca nad projektem od 9:00 do 19:30 z przerwami w sobotę i niedzielę.

O godzinie 21:00 Dymitr zostaje zakwaterowany w hotelu niedaleko siedziby jego firmy. Pomimo zmęczenia spowodowanego długą podróżą Dymitr postanawia odwiedzić jeszcze raz dzielnicę Ranthan. Udaje się tam autobusem. Widok dzielnicy razuryjskiej w nocy zachwyca go i przywołuje mu na myśl same pozytywne wspomnienia. Po zajechaniu na przystanek wybiera się na spacer głównym deptakiem w dzielnicy. Na deptaku jest całkiem spory tłum ludzi, głównie Razuryjczyków.
– Dymitr, czy to ty? – Dymitr usłyszał kobiecy głos wołający za nim po razuryjsku gdzieś z tłumu.
Idąc za źródłem tego głosu spotyka młodą Razuryjkę. Przypomina ją sobie momentalnie.
– Haruna! – zawołał Dymitr widząc ją
Brodryjczyk i Razuryjka natychmiast padają sobie w objęcia. W tym miejscu trzeba wyjaśnić kim jest wspomniana Razuryjka imieniem Haruna. Haruna mieszka w Shimontsen, ma 25 lat i poznała się z Dymitrem podczas jego pobytu w Shimontsen.
Haruna zaprasza Dymitra do swojego domu. Dymitr z chęcią zgadza się. Po chwili spaceru dochodzą do średnio wielkiego bloku. Haruna prowadzi Dymitra na drugie piętro i razem wchodzą do jej mieszkania – jest nim dwupokojowy lokal, niewiele bardziej rozbudowany niż kawalerka w której mieszka Brodryjczyk.
– Widzę że mieszkania mamy podobne – powiedział Dymitr
– O! Ty też mieszkasz w tak skromnym mieszkaniu? – dopytuje Haruna
– Nie. Mój lokal jest jeszcze skromniejszy. – śmieje się Dymitr
– To gdzie ty mieszkasz? – pyta Razuryjka
– W małej kawalerce na przedmieściach Kranodarskiej Gory – odpowiada Brodryjczyk
– Wynajmujesz ją czy posiadasz? – pyta ponownie dziewczyna
– Wynajmuję – pada odpowiedź
– O, to tak jak ja.
Później temat rozmowy schodzi na losy Dymitra i Haruny po zakończeniu wymiany. Dymitr opowiada że po studiach znalazł pracę w firmie produkującej sprzęt elektroniczny i teraz właśnie ta firma wysłała go w podróż służbową do Hasselandu. Haruna z kolei znalazła pracę w biurze kartograficznym. Obydwoje wynajmują skromne mieszkania i zbierają na własne.
Po długiej rozmowie i kolacji, Haruna odwozi Dymitra do hotelu. Jest już prawie północ. Dymitr wchodzi do pokoju hotelowego i pada na łóżko, zasypiając mocnym snem.

III

Rano Dymitr budzi się około 8:45. Wczoraj, po długiej podróży i wizycie u Haruny, przybył do hotelu tak zmęczony że zapomniał nastawić budzika. Teraz ma zaledwie 15 minut by ubrać się i dotrzeć do siedziby swojej firmy, która jest 1 km stąd. W biegu udaje mu się dotrzeć na minutę przed czasem. O godzinie 9:00 rozpoczyna się praca nad projektem. Z krótkimi przerwami na posiłki Dymitr przepracował aż 11 godzin. Po wszystkim postanawia jeszcze raz wybrać się do młodej Razuryjki u której był wczoraj.

W drodze z firmy na przystanek, w ciemnościach (jest już prawie 20:00) napada go jednak jakiś mężczyzna w czarnej kominiarce. Napastnik najpierw powala Dymitra ciosem z pięści w twarz na ziemię, krzycząc “ty sku****ynu!”. Później zaczyna go kopać, następnie kładzie się na nim i ponownie okłada pięściami. Podczas tego wszystkiego krzyczy “odechce ci się, łajdaku, młodych dup”. Dymitr chce wołać o pomoc ale nie ma siły by wziąć wystarczająco głęboki oddech. Po jakiś dwóch minutach słychać się da policyjne syreny. Zbir ucieka więc natychmiast zostawiając zakrwawionego i półprzytomnego Dymitra na ulicy. Patrol policji podjeżdża do ofiary i udziela pierwszej pomocy. Po sprawcy pobicia nie ma nawet śladu. Chwilę później na miejsce przyjeżdża karetka i zabiera Dymitra do szpitala. Dymitr jest cały obolały, na pytania zespołu ratowniczego odpowiada logicznie ale bardzo cicho i powoli, widać że każdy ruch sprawia mu cierpienie. W drodze do szpitala padają takie nazwy jak “złamanie, możliwy wstrząs mózgu, guz”. W szpitalu – szereg badań. Podczas któregoś z nich Dymitr zasypia wskutek podanych mu leków.

Następnego dnia rano Dymitr budzi się na oddziale intensywnej terapii. Jest podpięty do szeregu kabli, na lewej ręce ma gips, boli go głowa.
– Co się dzieje? Co mi jest? Macie tego gnoja co mnie wczoraj napadł? – całą masą pytań zasypuje siedzącą obok jego łóżka pielęgniarkę
– Proszę się uspokoić. Wszystko będzie dobrze – odpowiada pielęgniarka
– Kiedy stąd wyjdę?
– Niech się pan nie martwi kiedy pan stąd wyjdzie. Wyjdzie pan kiedy będzie można.
Po chwili na salę przychodzi lekarz w towarzystwie policjanta.
– Napadnięty wczoraj ok. 20:00, obrażenia to pęknięcie kości w lewej ręce, lekki wstrząs mózgu, utrata trzech zębów. Stan stabilny. Tożsamość sprawcy ani ofiary  nie jest znana – lekarz tłumaczy policjantowi
– Czy pacjent jest w stanie udzielić zeznań? – pyta policjant
– Nie powinien mieć z tym problemu.
Po chwili owy policjant podchodzi do Dymitra i przedstawia się. Następnie pyta go o tożsamość, narodowość i inne dane a także prosi o możliwie dokładny opis napadu i sprawcy. Po wszystkim Dymitr przechodzi szereg badań. Lekarz orzeka że stan Dymitra jest na tyle dobry by mógł on zostać przeniesiony na oddział ogólny, tak więc się staje. W przeciągu całego dnia Brodryjczyka odwiedza jeszcze przedstawiciel jego firmy ubezpieczeniowej i firmy w której pracuje. Wieczorem na oddział do Dymitra przychodzi Haruna. Dymitr bardzo się cieszy z jej wizyty. Haruna daje mu trochę słodyczy i kilka książek by się nie nudził. Wysłuchała także jego opowiadania o tym jak został pobity.

Następnego dnia przed południem, Dymitra odwiedza w szpitalu tajemniczy mężczyzna. Przedstawia się jako Aleksander Bojar.
– Czego pan tu chce? – pyta go Dymitr
– Przyszedłem do pana, panie Dymitrze w sprawie pobicia które miało miejsce przedwczoraj – odpowiada Aleksander
– Ty jesteś sprawcą? – nerwowo zapytał Dymitr
– Nie, nie jestem sprawcą. Czy zauważył pan, panie Dymitrze że jestem do pana bardzo podobny? – pyta Aleksander
Dymitr zastanowił się przez chwilę i przyjrzał się Aleksandrowi. Istotnie, z twarzy Dymitr i Aleksander są bardzo podobni, prawie identyczni.
– Przez to podobieństwo został pan pobity przedwczoraj. Chodzi o to że sprawca (który został już złapany przez policję i aresztowany) chciał pobić mnie ale się pomylił i pobił pana – opowiada Aleksander
– Ciebie? A za co chciał pobić ciebie? Coś ty mi człowieku najlepszego załatwił? – pyta nerwowo Dymitr
– Chodzi o to, że…
Aleksander opowiedział Dymitrowi że jest nauczycielem matematyki w szkole. Jedna z jego uczennic odznaczała się skandalicznym zachowaniem, bardzo dużo wagarowała i miała problemy z przejściem do następnej klasy właśnie z matematyki. W akcie zemsty złożyła nieprawdziwe doniesienie na policji oskarżając Aleksandra o znęcanie się psychiczne i fizyczne nad nią. Jej ojciec, agresywny z natury, chciał napaść Aleksandra ale napadł Dymitra. Aleksander z kolei został zawieszony w prawach nauczyciela i ma zakaz opuszczania kraju do momentu wyjaśnienia sprawy.
Dymitr w złości wyrzuca Aleksandra z sali. Nie wierzy w jego tłumaczenia.

IV

Od napadu na Dymitra minęło 5 dni. On sam wyszedł już ze szpitala. Przez najbliższe kilka dni pozostanie on jednak w Shimontsen ze względu na toczące się postępowanie przeciw jego napastnikowi. Właśnie dziś Dymitr udaje się na komisariat celem złożenia zeznań. Przed samymi drzwiami komisariatu widzi dwie dziewczyny w wieku ok. 15 – 16 lat. Obie są wystrojone na hipiski i używają słów typu “k**wa” zamiast przecinków. Z ich rozmowy wynika że jedna z nich przyszła złożyć zeznania w sprawie toczącej się przeciw Aleksandrowi Bojarowi. Obie wiedzą że Bojar jest niewinny ale chcą mu narobić kłopotów oskarżając go o znęcanie się nad nimi. W tym momencie Dymitr zdał sobie sprawę że opowiadanie Aleksandra było prawdziwe i pożałował tego jak go potraktował. Podczas przesłuchania Dymitr opowiada o napadzie tak szczegółowo jak tylko potrafi a także donosi policjantom o rozmowie którą rzekomo poszkodowana uczennica prowadziła.

Po złożeniu zeznań, Dymitr spotyka Aleksandra w korytarzu na komisariacie. Dymitr przeprasza go za to, jak potraktował go w szpitalu i wyjaśnia mu że słyszał pod komisariatem rozmowę dwóch jego uczennic, w tym jednej “poszkodowanej”. Rozmowa ta mogłaby być dowodem uniewinniającym w sprawie dla Aleksandra. Po złożeniu zeznań przez Aleksandra, obaj mężczyźni udają się do domu Aleksandra. Tam jedzą wspólny obiad i rozmawiają długo, szybko przechodząc na “ty”. W pewnym momencie Dymitr pyta Aleksandra:
– Nie obraź się że zadaję ci to pytanie, ale po prostu muszę to wiedzieć: czy ty byłeś adoptowany?
Zapanowała długa cisza. W pewnym momencie Aleksander odpowiada poważnym głosem:
– A po co ci to wiedzieć?
– Chodzi o to że ja sam byłem adoptowany w wieku 5 miesięcy. Miałem brata bliźniaka który również czekał w domu dziecka na nową rodzinę, ale moi nowi rodzice adoptowali tylko mnie. Zastanawiam się czy to możliwe że ty Aleksandrze jesteś tym moim bratem bliźniakiem. Wyglądasz bardzo podobnie jak ja, datę i miejsce urodzenia masz identyczne jak ja (wyczytałem te dane z Twojego dowodu osobistego który leży na stoliku obok mnie)…
Znowu zapanowała chwila ciszy.
– Tak, byłem adoptowany – mówi Aleksander – Adoptowano mnie jak miałem 6 miesięcy. Wraz ze mną w domu dziecka przebywał także mój brat bliźniak którego adoptowano wcześniej niż mnie. Mimo iż pochodzę z Brodrii i tam zostałem adoptowany to jednak wychowałem się w Hasselandzie. Możliwe że ty Dymitrze jesteś moim bratem bliźniakiem.
– Jeżeli chcesz to zrobimy testy genetyczne – odpowiada Dymitr – jestem gotowy zapłacić za nie w całości.
– Nie, zrobimy testy genetyczne ale ja też się do nich dorzucę – protestuje Aleksander.
Jeszcze tego samego dnia Dymitr z Aleksandrem udają się do laboratorium medycznego by wykonać badania na pokrewieństwo.

Wieczorem Dymitr odwiedza Harunę. Jedzą razem kolację i rozmawiają długo. Jest im ze sobą bardzo dobrze, rozstają się ze sobą dopiero nad ranem.

Dwa dni później przychodzą z laboratorium wyniki badania na pokrewieństwo Dymitra i Aleksandra. Okazuje się że są oni braćmi bliźniakami.

V

Od napadu na Dymitra minęły dwa miesiące. On sam powrócił już do Brodrii. Utrzymuje jednak stały kontakt z Haruną i Aleksandrem – codziennie rozmawia z nimi przez telefon, sms-uje itp. Dymitr wie jednak że nie załatwił jeszcze w Hasselandzie wszystkiego. Odczuwa potrzebę ponownej wizyty w Shimontsen. Bezpośrednim pretekstem do jego wyjazdu jest rozprawa przeciwko jego napastnikowi. Dymitr zostaje na nią wezwany w charakterze świadka. Dlatego bierze urlop na tydzień i wybiera się z powrotem do Shimontsen. Tam spotyka się z Haruną i Aleksandrem.

Rozprawa przeciwko napastnikowi kończy się dla niego wyrokiem 3 lat więzienia i nakazem wypłacenia wysokiego odszkodowania Dymitrowi. Następnego dnia odbywa się rozprawa przeciwko Aleksandrowi o znęcanie się nad uczennicą. Jej wynik jest w zasadzie z góry znany ponieważ Aleksander jest niewinny a jego niewinność potwierdzają liczne dowody takie jak nagranie rozmowy “poszkodowanej” uczennicy pod komisariatem czy zeznania kilku innych uczniów Aleksandra którzy wiedzieli o jego niewinności. Dlatego rozprawa kończy się uniewinnieniem Aleksandra i przywróceniem mu zezwolenia na wykonywanie zawodu nauczyciel.

Wizyta Dymitra w Hasselandzie nie ogranicza się bynajmniej do uczestniczenia w rozprawach. Spędza on bowiem dużo czasu z Haruną i innymi Razuryjczykami – znajomymi z wymiany. Wśród nich krążą nawet pogłoski że Dymitr planuje już kolejną wizytę w Hasselandzie by zaręczyć się z Haruną. Co śmielsze plotki mówią że Dymitr myśli już nawet o przeprowadzce do Shimontsen i zamieszkaniu z Haruną.

Plotkujący znajomi Dymitra dobrze przewidywali – trzy miesiące później Dymitr wybiera się bowiem po raz trzeci do Hasselandu. Po przyjeździe na Dworzec Główny w Shimontsen dzwoni do Haruny i każe jej iść do takiej jednej razuryjskiej restauracji i usiąść przy zarezerwowanym przez niego stoliku. Zaskoczona Haruna wykonuje polecenie. Po chwili do owej restauracji wchodzi Dymitr w eleganckim stroju a Haruna poznaje cel jego wizyty…

Mikołaj Patryk Dostojewski von Vincis vel Hyjek

Nieśmieszny żart

Standard

Ktoś zażartował sobie, tworząc “testament” Wielkiego Księcia Solardii. “My, Morfeusz Lucjusz Tyler, Wielki Książę Solardii, Książę Cyberii, Suweren Czarnozamcza, Krainy Mroku… ect…ect  Postanawiamy co następuję: 1. Wygaszamy działalność Wielkiego Księstwa Solardii…”

hercyb herb tzw. Cyberii solardyjskiej

Niestety, mikronacje są w takim stanie, że “Testament” wydawał się autentyczny. Ile to wirtualnych państw zakończyło ostatnio swoją działalność? A Solardia jest w fatalnym stanie od bardzo dawna. Dziwne, że formalnie rzecz biorąc wciąż istnieje.

Wydawać by się mogło, że oto koniec Solardii, a kawałek tego v-państwa, czyli Cyberia (dawne ziemie Konfederacji Cyberii, oddane przez hasselandzki rząd emigracyjny we władanie Solardii), trafi do Hasselandu. Jednak “Testament” okazał się fałszywy. Pojawił się Wielki Książę i napisał na tzw. Forumiksie: Wielkie Księstwo Solardii trwa, tyle że już na ugruntowanym maraźmie.

Kto zrobił ten nieśmieszny żart? Nie wiemy i pewno się nie dowiemy. Dla nas oznacza to, że Cyberia pozostanie tam gdzie jest, czyli nigdzie. I taka, jaka jest: ruina, opustoszałe, bezludne ziemie. Szkoda.

Nieśmieszne są też utyskiwania tych, którzy w duchu cieszą się z upadku Solardii, ale jej pikseli będą bronić do ostatka. Lepiej, żeby zgniło, rozpadło się, unicestwiło! Zastanawiające, ile to w ludziach jest bezinteresownej złości. No ale jeśli tak jest w mikronacjach, to co narzekać na sytuację w realu…

Z Solardią kiedyś się spieraliśmy. Dziś powiem tak: żal każdej mikronacji. Żal będzie i Solardii, gdyby miała upaść. Mikronacja o tak wielkich tradycjach powinna przetrwać, mimo dążeń zawistników i złośliwców. Niech sobie piszą kolejne fałszywe testamenty, niech marzą o “hasselandzkiej agresji” na solardyjskie ziemie. Niech wylewają swoją złość.

Ja życzę Solardii przetrwania i odrodzenia.

Piotr de Zaym

Tadeusz Krasnodębski – prawdziwy Bialeńczyk?

Standard

Prezydent Republiki Bialeńskiej, były Minister Oświecenia i Aktywności, były Wiceminister Oświecenia, Poseł do Parlamentu XXIV i XXV Kadencji, Poseł do Zgromadzenia Ludowego I Kadencji, Marszałek Parlamentu XXIV Kadencji, Marszałek Zgromadzenia Ludowego I Kadencji, Przewodniczący Partii Wolność i Niepodległość, były Członek Zarządu Wspólnoty Rozwoju, były Sekretarz Rady Przysięgłych, Delegat do Sekretariatu Generalnego ZBiB, Podinspektor Policji Krajowej, hrabia.

Taki forumowy podpis Tadeusza Krasnodębskiego – postaci, która od jakiegoś czasu wstrząsa bialeńską sceną polityczną można wyczytać na jego profilu w Republice Bialeńskiej. Ten młody obywatel bialeński w szybkim tempie piął się po szczeblach władzy państwowej, aby ostatecznie, chyba każdy to przyzna, w rekordowym tempie objąć stanowisko Konduktora jednej z największych mikronacji polskiego mikroświata. Przez krótki okres funkcjonowania dał się poznać jako osoba pewna siebie, zdecydowana, uparta, profesjonalna i dążąca do celu za wszelką cenę. Tadeusz aktywnie działał w różnego rodzaju instytucjach, stworzył partię polityczną i zyskał sobie poparcie większości społeczeństwa.

Przygoda Tadeusza Krasnodębskiego z Republiką Bialeńską rozpoczęła się 11.08.2016 r., kiedy to przybył do tego kraju jako Teddy Upperwood. Radosny Teddy określał siebie w taki sposób:

Jestem uczniem Liceum Ogólnokształcącego na profilu humanistycznym. O mikroświecie wiem od kilku lat, jednak nigdy na poważnie nie zagłębiłem się w żadne z v-państw. Aż do teraz. Zainspirowany serialem “House of cards” i grą “Europa Universalis” (błagam, niech ktoś kojarzy ten tytuł…) stwierdziłem, że w sumie taka zabawa w państwo może być całkiem fajna. Wos, prawo, polityka, historia XX wieku, nieśmieszne seriale pokroju Niani Frani, które mnie akurat poważnie bawią do rozpuku, stare przeboje – to to, co kocham. Oczywiście nie wymieniłem tutaj jedzenia. Ono jest dla mnie jeszcze ważniejsze.

Twórca powyższych słów szybko zaaklimatyzował się w Bialenii. Można by wręcz powiedzieć, że aż za szybko. Wzbudziło to moje zdziwienie. Ze spokojem jednak przyglądałem się działaniom ambitnego Teddy’ego i nie miałem żadnych zastrzeżeń. Ale do czasu. Mój niepokój zaczęły wzbudzać mocno niepraktyczne rozwiązania prawne, które Tadeusz prezentował (chociażby Rada Przysięgłych, która sparaliżowała i wciąż paraliżuje bialeńskie sądownictwo).

Potem, już po objęciu przez Tadeusza stanowiska Prezydenta RB, smucić zaczął fakt, że autor pięknych słów o potrzebie utrzymania przyjaźni z Brodrią, jawnie dążył do wypowiedzenia wojny z Najjaśniejszym Carstwem. Należy tu zaznaczyć, że Tadeusz Krasnodębski przyczynił się do odejścia Królestwa Hasselandu od unii z Republiką Bialeńską, jawnie wyrażając swoją niechęć do tego kraju, a następnie ze wszystkich sił dążył do uczynienia z Brodrii bialeńskiej prowincji, przez co zraził do siebie część Brodryjczyków, którzy postanowili także zakończyć współpracę z Bialenią.

Tadeusz był zatem aktywnym uczestnikiem rozpadu wpierw hasselandzko-bialeńskich, a następnie brodryjsko-bialeńskich stosunków – na pewno długich i zażyłych, dających Bialenii, i aktywność, i nowych użytkowników.

Nie może cieszyć także polityka wewnętrzna obecnego Prezydenta RB, która właściwie nie istnieje. Ciekawej oceny dotychczasowych rządów Tadeusza dokonał Eddard Noqtern:

Tak się właśnie zastanawiam – nie uważacie, że Tadeusz Krasnodębski to najgorszy Prezydent Bialenii? Zaczęło się od tego jak został wybrany – nie miał kontrkandydata. To chyba była pierwsza taka sytuacja w tym państwie. Trudno więc orzec, czy rzeczywiście wygrał by gdyby ktoś inny jeszcze startował. (…) Po trzecie spadek aktywności Bialenii, która spadła dopiero na trzecią pozycję w rankingu, ale też znaczący spadek aktywnych obywateli i mieszkańców. Co więcej Rząd Krasnodębskiego nie jest zbyt aktywny, często podlega zmianom. Ostatecznie kwestia kłótni – Krasnodębski nie umie dojść do porozumienia z bialeńską administracją. Widocznie nie popiera go też znaczna część obywateli – Kamiński, Hufflepuff itd.

No właśnie, obecny Prezydent RB nie skupia się na rządzeniu państwem i rozwijaniu go, a jedynie brnie w spory z Brodryjczykami, Hasselandczykami i co najgorsze – z własnymi obywatelami.

To wszystko powoduje, że zaczynam się zastanawiać, czy aby na pewno Tadeusz Krasnodębski jest osobą, która chce dobra dla Republiki. Jego szybkie „wejście” w świat mikronacji i Bialenii, za szybkie na moje oko, skłania mnie do myślenia w sposób kontrowersyjny. Skłania mnie do zadawania pytań…

Czy Tadeusz Krasnodębski to rzeczywiście nowy i niedoświadczony użytkownik mikroświata, czy może wręcz przeciwnie, obeznany z Bialenią i doświadczony wrogi agent, który przybył, aby tylko napsuć krwi Bialeńczykom i Republice? Może nawet gorzej, aby doprowadzić Republikę do upadku?

Są to, jak zaznaczyłem, kontrowersyjne pytania, ale nie są one pozbawione sensu. Każdy ma wolną wolę i sam odpowie sobie na nie we własnym zakresie…

Iwan Pietrow

Budujemy nowy, lepszy świat!

Standard

Brodria postanowiła zrezygnować z bialeńskiego patronatu i przyłączyć się do nowopowstającej Konfederacji Amicitia. Bialeńczycy więc tworzą… nową, lepszą Brodrię! Taki nowy, lepszy pseudoświat…

new-world

Najpierw wypowiedział się prezydent Republiki Bialeńskiej, Tadeusz Krasnodębski:

Republika Bialeńska zastrzega, że w razie nieprzeprowadzenia wyborów i niezaniechania prowadzenia destrukcyjnych działań przez Iwana Pietrowa, władze Bialenii wprowadzą do Brodrii wojsko celem przywrócenia ładu wewnętrznego i demokratyzacji państwa.

Republika Bialeńska nie zapomina o przyjaciołach. Bialenia będzie troszczyć się o Brodrię, dopóki samozwańczy monarcha absolutny nie przestanie podejmować nielegalnych, wyniszczających decyzji. Staniemy w obronie Narodu Brodryjskiego zawsze, gdy będzie to konieczne. Ochronimy Brodryjczyków przed każdym przejawem dyktatury, tyranii i niewoli.

Skoro jednak Brodria się nie ulękła bialeńskiej agresji i postanowiła przenieść się spod “opiekuńczych skrzydeł” Bialenii, władze bialeńskie znalazły rozwiązanie. Wyciągnęły i odkurzyły wieczną byłą Carycę o stu tytułach – Aleksandrę Dostojewską. Wracając do Bialenii napisała:

Powracam odmieniona, po duchowej i moralnej przemianie, nie pragnąc zaszczytów ni zemsty za krzywdy. Pragnąc, li i jedynie zapisania swoją osobą kolejnej dumne i wzniosłej karty w dziejach naszej Ojczyzny. Ojczyzny, której sterów powierzonych mi pilnie strzegłam i strzec będę ponownie.

I chwilę potem okazało się, po co wróciła:

Ja, Aleksandra Izabella Dostojewska, korzystając z nadanych mi w dożywotnie posiadanie tytułów Carycy Brodrii, apeluję w imieniu całego naszego Narodu o interwencję i ukrócenie uzurpatorskich rządów samozwańczego cara Iwana Pietrowa.

Czyli: władze bialeńskie stworzyły samozwańczego władcę Brodrii, który poprosił o udzielenie “bratniej pomocy”… Skąd z reala my to znamy?…

Żeby było zabawniej, apel ten został wydany jeszcze przed “objęciem władzy”:

Ogłaszam, że wraz z dniem 16.02.2017 z tytułu posiadania dożywotniej godności Carycy Najjaśniejszego Carstwa Brodryjskiego, przejmuję władzę nad całym terytorium Brodrii i biorę ją w depozyt aż do powrotu Prezydenta Federacji Brodryjskiej lub zakończenia jego kadencji.

I jeszcze zabawniej… Okazuje się, że zdaniem “Carycy”, Brodria to część Bialenii:

Brodria – trwa i trwać będzie po wsze czasy przy swojej żywicielce i opiekunce, którą na przestrzeni lat stała się umiłowana Republika Bialeńska. Kto podnosi rękę na Bialenię, na jej Prezydenta, ten jakoby podnosił rękę na Brodrię i Dom Panujący.
Wszystkim, którzy zapomnieli i w chwili próby opuścili Bialenię przypominam: gdyby Brodria w odpowiednim momencie swoich dziejów nie trafiła pod skrzydła bialeńskie, dzisiaj by jej nie było!
Dlatego nie pozwolimy na rozbiór Republiki Bialeńskiej, którego usiłowano dokonać ręką Iwana Pietrowa. Mamy zaś nadzieję, że opinia międzynarodowa uzna nasze racje, gdyż są podparte silnym Fundamentem Prawa.

Tym “orędziem” “Caryca” ujawniła zamiary swoje i władz Bialenii: Bialenia ma być wielka, największa, a Brodria – choćby udawana – ma na wieki zostać jej częścią. Były prezydent Bialenii, który chwilami był obywatelem Hasselandu, a chwilami – Brodrii, został nawet przez “Carycę” mianowany arcyksięciem; teraz się jej odwdzięcza, pisząc:

Dziękuję, Wasza Carska Słodkość! Serduszko

I tak, słodząc sobie nawzajem, Ekscaryca i Eksprezydent zbudują Brodrię-bis, zaspokajając imperialne ambicje Prezydenta Krasnodębskiego i swoje własne.

Szkoda tylko, że Bialenia niszczy w ten sposób wizerunek demokratycznej, przyjaznej republiki, który przyciągał, a nie odpychał. Może imperializm a la Krasnodębski-Swarzewski i budowanie quasi-Brodrii kiedyś przeminą, ale odbudowanie mitu prawdziwej mikronacyjnej demokracji będzie bardzo trudne…

Piotr de Zaym

Konfederacja Przyjaciół

Standard

brev0159

Mamy więc nową próbę stworzenia mikronacyjnego ugrupowania: Konfederację Amicitia.  Czyli Konfederację Przyjaciół. Czy tym razem się uda? Jest na to szansa, bo formuła ta zakłada równość.

Traktat konfederacyjny został skronstruowany tak, że uwzględniona została zarówno równość podmiotów (każdy wysyła jednego przedstawiciela do Rady Prezydenckiej), jak i możliwość demokratycznego wyboru (wybierany jest Prezydent). Kompetencje “centrum są skromne, ale możliwe jest ich poszerzenie (lub ograniczenie).

Najważniejsza jest równość. Inaczej niż w dużych mikronacjach, które preferują inkorporacje, tu mamy wolny związek wolnych państw. To może się udać!

Oczywiście, pojawiają się problemy. Jednym z nich będzie zapewne opór Bialenii przed “oddaniem” Brodrii. To zresztą klasyczny przykład szans małych mikronacji w razie zgody na “opiekę” ze strony mikronacji większej: ta “opieka” oznacza zazwyczaj hegemonię. Wyrwanie się z objęć “opiekuna” może być bardzo trudne.

I dlatego lepsza Konfederacja Przyjaciół od “przyjacielskiej opieki” kogoś silnego. Jeśli chce się pozostać sobą, a nie pozorowanym wirtualnym państwem – wydmuszką mikronacji.

Piotr de Zaym

 

 

 

MIKRONACJE – Poradnik dla nowoprzybyłych cz. 1.

Standard

Rozpoczynamy prezentację naszego PORADNIKA DLA NOWPRZYBYŁYCH. Ma służyć w promowani idei mikronacji. Oto część pierwsza.

mikronacje_poradnik

Zachęcony przez rodzinę/znajomych/Facebook przybysz do jednej z mikronacji, na przykład do Hasselandu, może czuć się zagubiony dużo bardziej, niż gdyby dotarł w świecie realnym do nieznanego sobie kraju. Bo w tym nieznanym kraju – nawet, jeśli język jest obcy i pisany dziwnym alfabetem – wiele rzeczy jest podobnych. Na przykład stacje kolejowe i lotniska, hotele i sklepy, nie mówiąc o McDonaldsie. A z ludźmi da się dogadać na migi.

W mikronacjach mamy niby to, co w “realu”: prezydentów lub królów, rządy i parlamenty, miasta z ulicami i domami (choć tylko na obrazkach lub na mapie). Można zwiedzać, można oglądać zabytki. Można wirtualnie zamieszkać, porozmawiać – i to w doskonale sobie znanym języku. Ale jest inaczej. I to “inaczej” trzeba poczuć.

Zasadnicza różnica pomiędzy “realem” a mikronacjami, zwanymi też wirtualnymi państwami, jest to, że te ostatnie wypełniają tylko część funkcji w porównaniu z “realnymi”. I w związku z tym ludzie robią tam tylko część tego, co w świecie realnym.

Czego nie robią? Ponieważ v-gospodarka albo jest w stanie szczątkowym, albo jej nie ma, odpada cała aktywność gospodarcza, a także (niemal) wszystko, co jest ważne na co dzień w “realu”: kupowanie lub sprzedawanie. Owszem, czasem trzeba coś zapłacić, kupić np. dom czy mieszkanie. Czasem nawet trzeba wirtualnie jeść. Ale to jest margines. Co za tym idzie, odpada wielka część dyskusji. W “realu” polityka jakoś kręci się wokół pieniędzy. Liberałowie, socjaliści – dla nich ważna jest gospodarka, własność, rynek. W mikronacjach tego nie ma. Używając języka marksistowskiego, nie ma “bazy”, jest sama “nadbudowa”.

Co więc robią: W największym skrócie, możliwości jest kilka. Albo zajmowanie się polityką, ale tylko w sferze pozagospodarczej. W tym – aktywność we władzach państwowych i samorządowych, udział w partiach politycznych, polityka międzynarodowa. Albo to, co jest możliwe w świecie wirtualnym: nauka, kultura. A więc nauczanie i uczenie się, tworzenie – pisanie, malowanie, rysowanie. No i działanie narracyjne, np. w wirtualnych armiach, gdzie można np. przeprowadzić wielkie manewry. Gorzej z wojnami, choć to może dobrze.

Oczywiście, jest też coś zupełnie wirtualnego, a więc budowanie mikronacji na stronach internetowych, rozwijanie miast, opisywanie geografii, klimatu.

Jeśli więc godzisz się, że nie zostaniesz wirtualnym biznesmenem, bo nie ma jak, a chcesz być v-politykiem, v-naukowcem, v-dziennikarzem, v-artystą, v-żołnierzem – mikronacje są miejscem idealnym!

cdn.

P. de Z.