Co zrobiliście z naszymi ziemiami?

Standard

Grupa hasselandzkich archeologów pod kierownictwem dr Eleonory Pazzur przeszukuje północnowschodnie tereny Cyberii w poszukiwaniu śladów po dawnym Hasselandzie. Jak wiadomo, Solardyjczycy z rozmysłem zniszczyli pradawne zabytki.

archeo

Hasseland stanowił niegdyś 1/3 ziem Cyberii, był jedną z trzech wysp, obok Cymerii – rządzonej niegdyś przez Cymeryjkę – oraz Valtarii, która przez lata kilkakrotnie zmieniała nazwę. Teraz została z tego jedna, z grubsza trójkątna wyspa. Hasselandu nie ma; po Valtarii zostało miasto, po Cymerii – miasteczko, a Libertania jest nie wiadomo czym, bo Valtaria nazywała się kiedyś Libertarią (nie Libertanią).

– Szukamy, ale to ciężka sprawa – mówi dr. Pazzur. – Solardyjczycy używali materiałów wybuchowych do niszczenia całych miejscowości – dodaje.

Niewykluczone, że część wyspy Hasseland znajduje się pod wodą, że Solardyjczycy celowo ją zalali, wybuchami niwelując grunt.

– Chcemy znaleźć katedrę biskupa Łukasza Obranowicza z X w. Czyli zarazem najstarszy i największy gród dawnego Hasselandu – podkreśla dr Pazzur. – To będzie wielkie święto! Czekamy na okręt Królewskiej Marynarki Wojennej, który przywiezie nurków. Niewykluczone, że gród znajduje się w odległości 2 – 3 tys. m. od brzegu.

j.z.

Advertisements

Śladami Magdy Hasse

Standard

Idziemy zrujnowaną drogą, wśród ruin budynków. – Tu, właśnie tu – starszy mężczyzna wyciąga rękę – mieszkała Ona.

hass1  stary herb Hasselandu

“Ona” – tak tu o niej mówią. Bo za czasów solardyjskiej okupacji nie wolno było wspominać Magdy Hasse. Solardia przejęła Cyberię i budowała ją w opozycji do jej twórczyni. Być może dlatego, by poprzez wymazanie prawdy o przeszłości, udowadniać “solardyjskość” tej krainy.

– Pamiętam ją, miłą, sympatyczną. Ale coś ją opętało. Albo ktoś… – opowiada siwowłosy staruszek. Ten “ktoś” to Cymeryjka, która po śmierci Królowej Magdaleny objęła hasselandzki i cyberyjski tron, wprowadzając coraz bardziej dyktatorskie rządy i w końcu wysadzając cały kraj w powietrze. – Nie rozumiem, czemu Ona na to poszła. Najpierw anarchia, bezład, potem Tamci…

“Tamci” to z kolei Solardyjczycy. Przybyli, mieli pomóc – a wprowadzili brutalną okupację, karząc za pamięć o Hasselandzie. To “Tamci” zniszczyli dom Magdy Hasse. – Od świtu słychać było huki. To przyjechały buldożery i po prostu zniszczyły jej dom – mówi staruszek.

Dziś ubrani w białe kitle naukowcy zbierają, cegła po cegle, resztki domu Magdy Hasse. Przy tablicy informującej o pracach badawczych ktoś wywiesił kartkę:

ODBUDUJEMY CI DOM. MAGDO, WRÓĆ!

PdeZ

Operacja C

Standard

Jakiś czas temu pojawił się rzekomy “testament władz Solardii”, oddający Cyberię Hasselandowi. Okazał się żartem. Ale teraz chyba mamy fakt, któremu zaprzeczyć nie sposób: strona internetowa Solardii nie istnieje. Solardia zniknęła.

Ce

Dla nas kluczowe było pytanie, co dalej z Cyberią? Gdy Hasseland nie funkcjonował, a Hasselandczycy  gościli w Sarmacji, Rząd Emigracyjny na prośbę Solardii oddał ziemie cyberyjskie w jej administrację. Był to błąd. Wiemy doskonale, że od dawna panuje tam głód i nędza, że mieszkańcy jęczą pod obcą okupacją. Hasseland nie może pozostać obojętny wobec losu naszych rodaków i ziem, tak przez Solardię zniszczonych.

Podjąłem więc decyzję. Utworzyłem 3. Flotę Ekspedycyjną w składzie: niszczyciel “Król Janusz I”, korwety “Ashtala”, “Suratta”, okręt logistyczny “Angemont”, okręty desantowe “Aligator” i “Kajman”, dwa statki transportowe; Desantową Grupę Operacyjną “A” w sile dwóch batalionów, wystawianą przez 1. Dywizję Hasselandzką (11. Brygada), w tym 10 pojazdów pancernych; Lotniczą Grupę Operacyjną “B” w sile jednej eskadry.

25 maja rozpoczęiśmy akcję C. Celem akcji jest otoczenie opieką mieszkańców Cyberii, których los po upadku Solardii jest zagrożony. Nasza akcja nie jest wymierzona przeciwko komukolwiek, a stanowi operację pokojową, przeprowadzaną pokojowymi środkami, ubezpieczaną przez nasze siły zbrojne.
Postanowiłem:

Rozkaz Nr C-1

1. W ramach Akcji C, jednostki Królewskiej Armii Hasselandu zabezpieczą pokóji bezpieczeństwo mieszkańcom Cyberii.
2. Nadrzedną zasadą Akcji C jest niestosowanie siły. Użycie siły możliwe jest tylko w celu obrony.
3. Celem Akcji C nie jest zajęcie jakiegokolwiek terytorium, a zapewnienie pokoju i dobrobytu mieszkańcom Cyberii.

26 maja 2017 r. wojska hasselandzkie dotarły do zrujnowanej Valtarii. Operacja pokojowa trwa. Jeden ze statków transportowych wyładowuje 10 ton żywności oraz lekarstwa dla głodujących i chorych Cyberyjczyków.

Modyfikuj wiadomość

15 lat…

Standard

Za kilka dni minie piętnaście lat od powstania Hasselandu. Dużo. Jak na mikronacje, to są całe wieki.

konfederacja

Nie zamierzam opisywać historii Hasselandu, wkrótce zostanie otwarta specjalna wystawa w Muzeum Hasselandzkim. Oto więc tylko kilka refleksji.

Zaczęło się od wirtualnego państwa o dziwnej nazwie Wolny Klub Rzeczypospolitej Polskiej, WKRP (odłam Klubu RP). Mimo tej nazwy, WKRP miał władze – prezydenta, parlament – a wszystko odbywało się na liście dyskusyjnej. Świetna rzecz dla kogoś, kto pracuje w open space – czytanie i odpowiadanie na maile to przecież codzienność.

W WKRP wyróżniało się kilka osób. Część z nich chciała stworzyć system gospodarczy; władze WKRP były przeciwne – w efekcie tego sporu powstała Sarmacja. Natomiast Magda Hasse skonfliktowała się ze znaczącą częścią WKRP i odeszła, budując własne v-państwo, pierwotnie nazywane Demokratyczna Rzeczpospolita Polska.

Ostatecznie zamiast DRP powstało “trójpaństwo”: Cymeria – monarchia absolutna z królewną Cymeryjką na czele, Hasseland – monarchia konstytucyjna z królową Magdaleną I, a w końcu Demokratyczna Republika Wariatkowa z wybieralnym prezydentem.

W DRW – późniejszej Valtarii – osiedliło się kilka osób, więc nie było sensu się tam pchać. Cymeria wydawała się nudna, bo co robić u samowładcy (czy nawet samowładczyni…)? Pozostawał Hasseland, którego zostałem drugim obywatelem (po Magdalenie I). W szybkim tempie awansowałem na barona, a potem królowa powołała mnie na urząd premiera. I tak się rozpoczęła moja przygoda z Hasselandem.

WKRP umarł po tym, jak prezydent Stala zaczął rządzić autorytarnie – zapanowała nuda (jak w Cymerii…). Sarmacja przeciwnie, dość szybko się rozwinęła. Natomiast trzy państwa funkcjonujące na jednej liście nieuchronnie “zlały się” w jedno, nazwane Cyberią. Było całe uzasadnienie tej nazwy, w osobie króla Cyberiusa, który jakoby kiedyś rządził trzema cyberyjskimi wyspami. Niestety, wkrótce potem Magdalena I wirtualnie zmarła, a Cymeryjka okazała się fatalną władczynią.

Magda Hasse miała świetny pomysł. Nie wiem, czy faktycznie były to cztery osoby, ale z pewnością nie jedna, bo po odejściu Magdaleny I sporo się zmieniło. No, chyba, że Magda Hasse potrafiła skutecznie udawać cztery osoby i być przy komputerze 24 godziny na dobę.

15 lat temu Magda Hasse pisała o sobie, że mieszka w Poznaniu, ma 21 lat i jest studentką UAM. Jeśli to prawda, to dziś ma 36 lat, gdzieś pewno pracuje, może nawet wyszła za mąż. A pozostałe osoby z “grupy Magdy Hasse”? Nie wiadomo. O ile Magda się nie odezwie, to nie będziemy wiedzieć…

Hasseland rozpadł się w październiku 2003 r. z winy Magdy Hasse. Ale wcześniej, w 2001 roku, powstał dzięki niej – i dzisiejszy Hasseland w jakiejś mierze jest pomnikiem, postawionym Magdzie i stworzonej przez nią mikronacji.

Piotr de Zaym

14/4 – jak to było kiedyś…

Standard

14 lat temu powstał, a 4 lata temu – odrodził się Hasseland. Poniżej zamieszczamy artykuł napisany bodaj 13 lat temu… Uwaga – nazwisko premiera Hasselandu i autora tekstu uaktualniliśmy…

W wirtualnych państwach jak w krzywym zwierciadle odbija się polska polityka

Rok premiera

konfederacja

Już rok jestem premierem. Co prawda — tylko w państwie wirtualnym, ale jednak. Doświadczenia bezcenne, choć zapewne w oficjalnym życiorysie trudno o tym pisać…

O wirtualnych państwach dowiedziałem się z prasy. Zainteresował mnie ten temat i jako dziennikarz postanowiłem dotrzeć do któregoś z nich — w celach jak najbardziej zawodowych. Po prostu: zobaczyć, coś napisać. Potem okazało się, że zainteresowanie zawodowe przekształciło się w jak najbardziej prywatne.

Pierwszym, do którego trafiłem (wystarczyło zadać odpowiednie pytanie którejś z internetowych wyszukiwarek), było v-państwo (bo tak w skrócie określa się te twory — angielskie określenie brzmi ładniej: „micronations”, czyli mikronarody) o dość dziwnej w tym wypadku nazwie „Wolny Klub RP”. Okazało się, że jest to po prostu internetowa lista dyskusyjna, na której dominują debaty polityczne — tyle, że jej uczestnicy, „obywatele”, wybierają prezydenta, sejm i sąd i uważają się za oddzielne, choć całkiem wirtualne państwo.

Miałem szczęście: właśnie trwała polityczna przepychanka na sporą skalę, w której adwersarzami był minister — „szara eminencja” oraz wicemarszałek sejmu. Argumenty pani wicemarszałek Magdy Hasse, studentki z Poznania, jakoś o wiele bardziej trafiały mi do przekonania, niż te pochodzące od jej przeciwnika, ministra — i gdy po narastającym sporze odeszła z hukiem, zakładając własne państwo, poszedłem za nią. A obok mnie — grupa obywateli WKRP.

Jak zostać premierem

Wkrótce potem Magda „doprecyzowała” swoje v-państwo. A właściwie — wymyśliła trzy oddzielne kraje, choć na jednej liście dyskusyjnej i z jedną stroną www. Demokratyczna Republika Wariatkowa miała gromadzić lewicowych republikanów, Królestwo Hasselandu — demokratycznie nastawionych monarchistów, a Cymeria — monarchistów-antydemokratów. Cyberia — taka była nazwa całości — miała być swoistym eksperymentem politycznym. Jak przystało na porządne v-państwa, każde dostało od założycielki po kilka podstawowych ustaw, w tym konstytucję i ordynację wyborczą. Ustawy te były dość do siebie podobne i zbliżone zresztą do wielu innych, obowiązujących w wirtualnym świecie.

Niemal wszyscy obecni trafili do DRW. Dlaczego? Cóż, można się domyślać. W DRW mieli być wybierani wszyscy: i prezydent, i sejm, i sąd. Sporo stanowisk do obsadzenia! A w sąsiednim Hasselandzie z wyboru był tylko sejm i sąd, gdy w Cymerii — jednoosobowo rządzić miała królewna Cymeryjka. A skoro nie można zostać królem czy prezydentem, to po co się tam pchać?

W Hasselandzie kluczową rolę odgrywać miała królowa Magdalena I (z początku — wspomniana wyżej Magda Hasse, a potem — jej koleżanka, nie ujawniająca zresztą swej tożsamości szerszemu ogółowi). Królowa miała prawo mianowania premiera.

Skoro wszyscy do DRW, ja postanowiłem, że zadziałam inaczej: wybrałem Hasseland. I była to decyzja ze wszech miar słuszna. Jako pierwszy obywatel wkrótce zostałem baronem, a niewiele czasu potem, dokładnie 1 września 2001 roku — premierem. Tyle, że w moim rządzie nie było z początku nikogo. Nie miałem też ani jednego obywatela. Do czasu rzecz jasna, do czasu…

Na opisywanie rocznych dziejów Cyberii nie ma tutaj miejsca. W v-państwach wszystko dzieje się o wiele szybciej, niż w „realu” i jeśli ktoś nie śledzi uważnie wydarzeń, prędko może się zagubić. Dość powiedzieć, że miałem kolejno dwóch wicepremierów; przeżyłem próbę przewrotu i rewolucji oraz stan wojenny — niemal wojnę domową; wirtualnie „zmarła” moja królowa (teraz miłościwie rządzi Cymeryjka I, w „realu” też pochodząca z Poznania); trzy v-państwa połączyły się w jedną Cyberię, a ja, już jako książe, jestem jej premierem…

Przez rok usłyszałem sporo pochwał — ale znacznie więcej krytyki. Ba, zrozumiałem, co czują „realni” politycy! Okazało się, że rządzenie wirtualnym państwem może być bardzo, bardzo trudne.

Owner i anonimowi obywatele

Żeby zrozumieć, czym różni się polityka wirtualna od „realnej”, trzeba uświadomić sobie kilka rzeczy. Po pierwsze — w Internecie każdy może być anonimowy, może niespodziewanie pojawić się i równie niespodziewanie zniknąć.

W Cyberii zjawiali się różni ludzie. I osoby z wieloletnim stażem zawodowym, i studenci, i uczniowie. Tu wszyscy okazywali się sobie równi. Na dodatek, poza nielicznymi, większość chciała być mniej lub bardziej anonimowa. Tacy jak ja, podpisujący się imieniem i nazwiskiem, to wyjątki. Bez problemu można założyć sobie darmowe, anonimowe internetowe konto pocztowe i korzystać z niego np. jedynie z kawiarenki internetowej – jest się nie do wyśledzenia! Będąc jak najbardziej mężczyzną można przedstawiać się jako kobieta — i na odwrót. Można też, po odejściu z jakiegoś v-państwa, wrócić do niego pod innym „nickiem” (czyli pseudonimem). Albo nawet być w różnych państwach naraz, jako jedna osoba lub kilka różnych.

Rodzi to śmieszne lub nawet niemiłe problemy. Pierwszy wicepremier w moim rządzie, przedstawiający się jako „Maciuś”, zresztą dość młody wiekiem, był równolegle wiceministrem spraw zagranicznych we wspomnianym już, a niechętnie do Cyberii nastawionym WKRP (i zdaje się pełnił jeszcze kilka ważnych funkcji w innych v-państwach). I oto jako wiceministrowi polecono mu prowadzenie rokowań z krajem, w którym był wicepremierem, czyli z Cyberią! Właściwie mógł rozmawiać sam ze sobą! Ale tu nie było miejsca na żarty, zrobiła się afera polityczna, interweniowała królowa i Maciuś przestał być wicepremierem…

No i jeszcze jedno: podstawą v-państwa jest lista dyskusyjna. A listą taką rządzi właściciel, w Internecie z angielska zwany „ownerem”. To owner może na listę zapisać, może też kogoś „zabanować” (zawiesić, uniemożliwiając przesyłanie listów, czyli maili na listę) albo wręcz usunąć. Tak naprawdę więc v-państwo trzyma w ręku owner jego listy. Ja ownerem nie jestem — i dlatego moja władza jest ograniczona. Choć jestem premierem, to nikogo nie mogę z Cyberii wyrzucić. Co zresztą akurat mi nie przeszkadza.

Krzywe odbicie realnej polityki

Wydawałoby się, że uczestnicy owej gry czy zabawy w wirtualne państwa (a w „polskim świecie wirtualnym” ich liczbę oceniam na co najmniej kikuset stale aktywnych, a łącznie około tysiąca formalnie gdzieś obecnych) będą traktowali swoją działalność raczej „na luzie”. Tym bardziej, że spora część z nich to licealiści i studenci.

Nic bardziej błędnego! W v-państwach jak w krzywym zwierciadle odbija się „realna” polska polityka. Posłowie, ministrowie, premierzy i prezydenci, niesłychanie przywiązują się do swych tytułów i urzędów. Starannie umieszczają je w podpisach w swoich listach.

Kurczowo też trzymają się swoich stołków. Metody na utrzymanie się przy władzy są różne. Jeśli prezydent, minister czy władca jest ownerem listy dyskusyjnej, może jednym naciśnięciem klawisza komputera pozbyć się niechętnego sobie oponenta. Ba! W ten sposób bez problemu likwiduje się wszelakie rewolucje. A jeśli ownerem nie jest — to jako minister zazwyczaj dobrze go zna. Może też w rozmaity sposób aktywizować obywateli podczas wyborów. Co za problem — zapisać znajomych, nawet tych zupełnie nie interesujących się wirtualną polityką, by w odpowiednim czasie zagłosowali…

W v-państwie nie sposób zrobić rewolucji, chyba, że „odgórnie”. Jest jednak prosty sposób na przewrót. Znając adresy e-mailowe obywateli, wystarczy stworzyć nową listę dyskusyjną — i przepisać na nią wszystkich oprócz dotychczasowego władcy. Niektórzy się wypiszą, ale jest szansa na nowy, własny kraj. Tak powstało co najmniej jedno polskie wirtualne państwo. — wspomniany już WKRP

Specyfiką v-państw, zwłaszcza tych bardziej zainteresowanych polityką, jest też pojawianie się w nich ludzi o skrajnych lub przynajmniej wyrazistych poglądach. Gdzie można w jednym miejscu spotkać faszystę, skrajnego („przedsoborowego”) katolika, zwolennika UPR — oraz propagatora SLD? Oczywiście: w wirtualnym państwie. Bo tu mogą oni bez problemu prezentować swoje poglądy, doskonale wiedząc, że zostaną wysłuchani. Najwyżej ktoś obrzuci ich wyzwiskami — i będzie musiał zadziałać sąd. Są takie v-państwa, w których sądy są strasznie aktywne. Na szczęście nie w mojej Cyberii.

Internetowe wojny

Skoro w v-państwie nie może być rewolucji, to — wydawałoby się — nie może też być wojny. Jest co prawda takie szalone państewko (nazwę litościwie pomijam), gdzie prezydent-licealista regularnie ogłasza jakieś mobilizacje albo też wypowiada innym wojny — ale i tak nikt się tym nie przejmuje. W mojej Cyberii był co prawda cień wojny domowej, ale stan wojenny wprowadziła królowa, a straty w ludziach poniósł tylko przeciwnik. Inaczej być nie mogło.

Ostatnio omal nie wybuchła wojna między Cesarstwem Leblandii a Republiką Baridas — lecz problem polegał na tym, że gdyby wybuchła, gdyby została wypowiedziana, nie bardzo byłoby jak ją prowadzić. Bo oba państwa mają oddzielne listy dyskusyjne, odrębne strony www — i obywatele mogą nawet nie zauważyć, że jest jakaś wojna.

Chyba, że dojdzie do wojny jak najbardziej realnej, choć w Internecie! Ale wtedy kończy się zabawa. To już nie wirtualna gra, to coś jak najbardziej realnego.

Można bowiem spróbować hackerstwa. Były rozmaite próby włamywania się do komputerów wrogich państw, hackerzy pojawiali się na listach dyskusyjnych — także w Cyberii. Co to za problem — zdobyć dostęp do rzekomo zabezpieczonej listy? Żaden! Co to za problem podszyć się za kogoś zupełnie innego, wypowiedzieć wojnę, ogłosić dymisję prezydenta czy abdykację króla! Albo wysłać „bombę e-mailową”, która skutecznie zapcha skrzynki pocztowe, zwłaszcza te niezbyt pojemne. Takie rzeczy już się w polskich v-państwach zdarzały. Pewnego razu „zahackowano” internetową stronę największego chyba polskiego v-państwa, Federacyjnego Królestwa Dreamlandu, pozostawiając zresztą wyraźne ślady, wiodące do internetowego Cesarstwa Leblandii. To ostatnie stanowczo zaprzeczyło, jakoby uczestniczyło w takich hackerskich przedsięwzięciach.

Tyle, że podobne postępowanie jest sprzeczne z całkiem realnym, polskim i zagranicznym prawem — albo co najmniej wątpliwe moralnie. Takich wojen oficjalnie nie popiera nikt.

Napadła na mnie OWCA

Napisałem, że częściej mnie krytykowano, niż chwalono. Oto jak mnie „zaklasyfikowała” opozycyjna Organizacja Wyzwolenia Cyberii (OWCA): na „liście osób uznanych za zbrodniarzy przeciwko wolności” jestem na miejscu trzecim: „Piotr de Zaym (premier, obrońca zbrodniczego systemu) ”.

Krótkotrwały obywatel Cyberii, a zarazem wspomniany już prezydent-licealista, pisał o moim cynizmie, a Cyberię nazwał „podłym i zdradzieckim państwem”. To i tak nic w porównaniu z „gnidą bez honoru”, którym to określeniem uraczył mnie innym razem.

A ciekawe, choć jak na mój gust zbyt radykalne, internetowe pismo „Balanga” nazwało mnie „klakierem truposzki” (tą truposzką była „zmarła” królowa) i marionetką.

Ale się tym wcale nie przejmuję — i mój rząd też). Minister gospodarki opracowuje właśnie program stworzenia giełdy, pani minister kultury i nauki kontynuuje konkurs na powieść w odcinkach, pani rektor Akademii Królewskiej z pewnością lada chwila wystąpi z planem zajęć naukowych na nowy rok akademicki, a ja właśnie wystąpiłem z wnioskiem o pełne członkostwo w jednej z międzynarodowych organizacji państw wirtualnych — SpUM. Normalnie, jak to w rządzie.

Piotr de Zaym

adres Cyberii: http://www.gra.w.pl [uwaga! historyczny i nieaktualny]

Porozumienie z Solardią?

Standard

Z Solardią rozmawia się bardzo trudno. Ale szansa na porozumienie jednak jest.

Zastrzegam na początku: wypowiadam tylko swoje własne, prywatne poglądy. To ważne: nie reprezetuję tu żadnych władz Hasselandu. Ale do rzeczy.

Po pierwsze, tak, jak napisałem, z Solardyjczykami rozmawia się bardzo trudno – i nie tylko teraz. Mam wrażenie, że mówimy do siebie innymi językami. Tak było w przeszłości, tak jest obecnie. Nie bardzo rozumiem przyczyny. Takich problemów nie ma z innymi mikronacjami. Ale trudno.

Po drugie, mogliśmy odnieść uzasadnione wrażenie, że Solardia jest państwem upadłym. I że porzuciła Cyberię. W istocie, Solardia przeżywa niemałe problemy, ale najwyraźniej są osoby (co najmniej dwie – Wielki Książę i Książę Cyberii), czujące się z Solardią zwiążane emocjonalnie i pragnące utrzymać istnienie tej mikronacji. Paradoksalnie, to nasza operacja pokojowa w Cyberii pobudziła Solardię. Czyli nie jest to mikronacja upadła, co niesie za sobą spore konsekwencje – dla Hasselandu również.

Bo po trzecie, to jasne, że w sytuacji, gdy Solardia jednak istnieje, to efektem wojny o Cyberię mogłaby być co najwyżej obustronna, odmienna narracja – np. solardyjska, że Cyberia pozostaje w rękach Solardii – oraz hasselandzka, że Hasseland jednak Cyberię przejął. Jedne mikronacje przyjęłyby wersję solardyjską, inne – hasselandzką. Rozwiązanie teoretycznie najlepsze, tzn. jakieś dogadanie się i wspólna odbudowa Cyberii jest mało realne, bo Solardyjczycy po prostu są obrażeni na Hasseland.

Po czwarte, z przecieków wiem, że podczas negocjacji pojawiło się korzystne rozwiązanie. Nie powiem nic więcej, bo jest na razie tajne; ważne, że wykracza poza jedno z trzech możliwych rozwiązań: kapitulacja Solardii, przegrana Hasselandu, dwie odmienne narracje. Jeśli tak, to obie strony odniosą gigantyczny sukces.

Jesli więc uda się osiągnąć dobre, gwarantujące pokój porozumienie, to ja będę zwolennikiem powrotu do stosunków dyplomatycznych z Solardią (o ile ta będzie tego chciała). Otworzą sie bowiem zupełnie nowe perspektywy. A przecież polityka nie polega na obrażaniu się… Liczą się interesy. Interesem Hasselandu jest dobre wyjście z tego konfliktu i nastawienie na rozwój. A Solardii?…

Piotr de Zaym