Kanada czy Azja? Jedno i drugie!

Standard

Obrazek

Jeszcze do niedawna Hasseland był unikalnym w wirtualnym świecie państwem uchodźców, żyjących w obozach – namiotowych miasteczkach. A potem był unikalnym w wirtualnym świecie państwem ludzi płynących na statkach ku swej nowej ojczyźnie – ku Wyspom Razuri i Zegiesa. Czym jest teraz? Czym chce być?

Kulturowo – jest dziwną mieszanką europejsko-azjatycką, bo Razuri to Azja. Pierwotni mieszkańcy to jakby mieszanka Chińczyków, Japończyków i Wietnamczyków. Ich dawni królowie od dawna nie żyją, pozostał Manduraj Razuri, jakby mieszanka mandaryna z samurajem… Jakieś “stare miasta” azjatyckie, istniejące w cieniu europejskich metropolii. Europejczycy dominują, ale to nie jest żadna kolonia. Razuryjczycy są jakby Aborygenami, Indianami – ale to nie my ich wytępiliśmy, sprowadziliśmy do takiego stanu, w jakim są obecnie. Winne są dawne wojny.

Politycznie, nowy Hasseland miał być odpowiednikiem Kanady. Przypomnę: Królestwo nie miało króla; ja byłem dożywotnim premierem.  Po długiej dyskusji wymyśliliśmy model: król – gubernator generalny – premier. Ja zostałem gubernatorem, króla szukaliśmy. Chciałem unii personalnej z innym, silnym krajem, np. Sarmacją, Austro-Węgrami. Nic z tego nie wyszło, królem zostałem wybrany ja sam, funkcje gubernatora tymczasowo rozdzieliliśmy między króla i premiera…

Jednak jestem zdania, że powinniśmy tradycji kanadyjskiej się trzymać – na ile to oczywiście możliwe. Mamy dwie prowincje, nieco jak kanadyjskie – Razuri i Zegiesa, ale i nasze wyspy są mniejsze niż wielka Kanada. Mamy Razuryjczyków, nieco jak kanadyjscy Indianie.

Kanada to przepiękny kraj. Bardziej europejski niż Stany Zjednoczone, ale jakoś do USA podobny; zróżnicowany wewnętrznie (jak bardzo Quebec różni się od Alberty!), otwarty na imigrantów. Niech taki będzie nasz Hasseland. Angemont trochę Jak Montreal, Shimontsen jak Iqaluit (stolica terytorium eskimoskiego Nunavut) czy Yellowknife – stolica Terytoriów Północno-Zachodnich. I kolejne miasta, w miarę jak będą powstawały. Poczynając od Nowego Halifaksu, który – mam nadzieję – wkrótce powstanie.

To nam daje ogromne możliwości, tak, jak ogromne możliwości daje Kanada. Poszukajmy jeszcze piasków roponośnych… takich, jak w Albercie… i będziemy bogaci.

Tak przy okazji: ogłaszam mini konkurs na odgadnięcie, jakie miasto przedstawione jest na zdjęciu? Nagroda – 25 dukatów transferowych.

Piotr Paweł I

Advertisements

Monarchofaszyzm – cd dyskusji

Standard

Odpowiadam na ważny komentarz p. Svobody.

Po pierwsze, nie zgadzam się ze skrótem myślowym “władca musi nagradzać”. Musi to na Rusi. Czemu niby musi? Czy naprawdę ktoś wierzy, że ludzie pracują, poświęcają własny czas na rzecz mikronacji dla tytułów? Uznanie jest ważne dla większości z nas, ale tytuły to tylko jedna z form uznania. Pozytywne komentarze współobywateli potrafią być równie, jeśli nie bardziej motywujące.

To prawda, Władca nie musi. Ale… Ale jednak nawet w mikronacjach ludzie (obywatele, mieszkańcy) mają prawo spodziewać się jakiegoś wynagrodzenia za swą pracę. Pieniądze, te wirtualne, dają mniej niż mało (chyba, że bardzo rozbudowana jest v-gospodarka), więc jak wynagradzać? Tytuły szlacheckie są w tym przypadku połączeniem nagrody z wynagrodzeniem. Jesteś aktywny = zostaniesz baronem, będziesz nie tylko miał ładny tytuł ale i troszkę większy wpływ na państwo, a w perspektywie tytuł arystokratyczny i być może jakiś wpływ formalny (np. przy głosach ważonych). Szef państwa, który nie ma możliwości nagradzania i karania będzie szefem słabym!

Po drugie, definicja Czekańskiego ewidentnie kładzie nacisk na fakt, że tytuły i wpływy są rozdawane za lojalność. Nie jest to więc merytokracja, bo nie ma tu mowy o zasługach dla państwa. Monarcha nie gra w tym scenariuszu roli Świętego Mikołaja, który rozdaje prezenty grzecznym dzieciom i rózgi niegrzecznym. Monarcha jest tu aktywnym uczestnikiem sceny politycznej, budującym sobie zaplecze w celu zapewnienia przetrwania swojego reżimu.

Cóż, każdy władca chce lojalności. I ja bym się za to na niego nie gniewał. Każdy szef państwa (szef dowolnej organizacji) buduje swoje zaplecze w celu zapewnienia przetrwania swojego reżimu. W mikronacjach ma skromne możliwości rozdawnictwa – tylko tytuły i urzędy.

Ale ja stawiam na coś innego. Na merytokrację właśnie. Na nagradzanie za pracę na rzecz państwa, a nie wyłącznie za lojalność. Władca nagradzający za lojalność, a nie za faktyczne zasługi dla państwa, będzie miał przed sobą nienajlepszą przyszłość. To chyba jasne.

Piotr Paweł I