14/4 – jak to było kiedyś…

Standard

14 lat temu powstał, a 4 lata temu – odrodził się Hasseland. Poniżej zamieszczamy artykuł napisany bodaj 13 lat temu… Uwaga – nazwisko premiera Hasselandu i autora tekstu uaktualniliśmy…

W wirtualnych państwach jak w krzywym zwierciadle odbija się polska polityka

Rok premiera

konfederacja

Już rok jestem premierem. Co prawda — tylko w państwie wirtualnym, ale jednak. Doświadczenia bezcenne, choć zapewne w oficjalnym życiorysie trudno o tym pisać…

O wirtualnych państwach dowiedziałem się z prasy. Zainteresował mnie ten temat i jako dziennikarz postanowiłem dotrzeć do któregoś z nich — w celach jak najbardziej zawodowych. Po prostu: zobaczyć, coś napisać. Potem okazało się, że zainteresowanie zawodowe przekształciło się w jak najbardziej prywatne.

Pierwszym, do którego trafiłem (wystarczyło zadać odpowiednie pytanie którejś z internetowych wyszukiwarek), było v-państwo (bo tak w skrócie określa się te twory — angielskie określenie brzmi ładniej: „micronations”, czyli mikronarody) o dość dziwnej w tym wypadku nazwie „Wolny Klub RP”. Okazało się, że jest to po prostu internetowa lista dyskusyjna, na której dominują debaty polityczne — tyle, że jej uczestnicy, „obywatele”, wybierają prezydenta, sejm i sąd i uważają się za oddzielne, choć całkiem wirtualne państwo.

Miałem szczęście: właśnie trwała polityczna przepychanka na sporą skalę, w której adwersarzami był minister — „szara eminencja” oraz wicemarszałek sejmu. Argumenty pani wicemarszałek Magdy Hasse, studentki z Poznania, jakoś o wiele bardziej trafiały mi do przekonania, niż te pochodzące od jej przeciwnika, ministra — i gdy po narastającym sporze odeszła z hukiem, zakładając własne państwo, poszedłem za nią. A obok mnie — grupa obywateli WKRP.

Jak zostać premierem

Wkrótce potem Magda „doprecyzowała” swoje v-państwo. A właściwie — wymyśliła trzy oddzielne kraje, choć na jednej liście dyskusyjnej i z jedną stroną www. Demokratyczna Republika Wariatkowa miała gromadzić lewicowych republikanów, Królestwo Hasselandu — demokratycznie nastawionych monarchistów, a Cymeria — monarchistów-antydemokratów. Cyberia — taka była nazwa całości — miała być swoistym eksperymentem politycznym. Jak przystało na porządne v-państwa, każde dostało od założycielki po kilka podstawowych ustaw, w tym konstytucję i ordynację wyborczą. Ustawy te były dość do siebie podobne i zbliżone zresztą do wielu innych, obowiązujących w wirtualnym świecie.

Niemal wszyscy obecni trafili do DRW. Dlaczego? Cóż, można się domyślać. W DRW mieli być wybierani wszyscy: i prezydent, i sejm, i sąd. Sporo stanowisk do obsadzenia! A w sąsiednim Hasselandzie z wyboru był tylko sejm i sąd, gdy w Cymerii — jednoosobowo rządzić miała królewna Cymeryjka. A skoro nie można zostać królem czy prezydentem, to po co się tam pchać?

W Hasselandzie kluczową rolę odgrywać miała królowa Magdalena I (z początku — wspomniana wyżej Magda Hasse, a potem — jej koleżanka, nie ujawniająca zresztą swej tożsamości szerszemu ogółowi). Królowa miała prawo mianowania premiera.

Skoro wszyscy do DRW, ja postanowiłem, że zadziałam inaczej: wybrałem Hasseland. I była to decyzja ze wszech miar słuszna. Jako pierwszy obywatel wkrótce zostałem baronem, a niewiele czasu potem, dokładnie 1 września 2001 roku — premierem. Tyle, że w moim rządzie nie było z początku nikogo. Nie miałem też ani jednego obywatela. Do czasu rzecz jasna, do czasu…

Na opisywanie rocznych dziejów Cyberii nie ma tutaj miejsca. W v-państwach wszystko dzieje się o wiele szybciej, niż w „realu” i jeśli ktoś nie śledzi uważnie wydarzeń, prędko może się zagubić. Dość powiedzieć, że miałem kolejno dwóch wicepremierów; przeżyłem próbę przewrotu i rewolucji oraz stan wojenny — niemal wojnę domową; wirtualnie „zmarła” moja królowa (teraz miłościwie rządzi Cymeryjka I, w „realu” też pochodząca z Poznania); trzy v-państwa połączyły się w jedną Cyberię, a ja, już jako książe, jestem jej premierem…

Przez rok usłyszałem sporo pochwał — ale znacznie więcej krytyki. Ba, zrozumiałem, co czują „realni” politycy! Okazało się, że rządzenie wirtualnym państwem może być bardzo, bardzo trudne.

Owner i anonimowi obywatele

Żeby zrozumieć, czym różni się polityka wirtualna od „realnej”, trzeba uświadomić sobie kilka rzeczy. Po pierwsze — w Internecie każdy może być anonimowy, może niespodziewanie pojawić się i równie niespodziewanie zniknąć.

W Cyberii zjawiali się różni ludzie. I osoby z wieloletnim stażem zawodowym, i studenci, i uczniowie. Tu wszyscy okazywali się sobie równi. Na dodatek, poza nielicznymi, większość chciała być mniej lub bardziej anonimowa. Tacy jak ja, podpisujący się imieniem i nazwiskiem, to wyjątki. Bez problemu można założyć sobie darmowe, anonimowe internetowe konto pocztowe i korzystać z niego np. jedynie z kawiarenki internetowej – jest się nie do wyśledzenia! Będąc jak najbardziej mężczyzną można przedstawiać się jako kobieta — i na odwrót. Można też, po odejściu z jakiegoś v-państwa, wrócić do niego pod innym „nickiem” (czyli pseudonimem). Albo nawet być w różnych państwach naraz, jako jedna osoba lub kilka różnych.

Rodzi to śmieszne lub nawet niemiłe problemy. Pierwszy wicepremier w moim rządzie, przedstawiający się jako „Maciuś”, zresztą dość młody wiekiem, był równolegle wiceministrem spraw zagranicznych we wspomnianym już, a niechętnie do Cyberii nastawionym WKRP (i zdaje się pełnił jeszcze kilka ważnych funkcji w innych v-państwach). I oto jako wiceministrowi polecono mu prowadzenie rokowań z krajem, w którym był wicepremierem, czyli z Cyberią! Właściwie mógł rozmawiać sam ze sobą! Ale tu nie było miejsca na żarty, zrobiła się afera polityczna, interweniowała królowa i Maciuś przestał być wicepremierem…

No i jeszcze jedno: podstawą v-państwa jest lista dyskusyjna. A listą taką rządzi właściciel, w Internecie z angielska zwany „ownerem”. To owner może na listę zapisać, może też kogoś „zabanować” (zawiesić, uniemożliwiając przesyłanie listów, czyli maili na listę) albo wręcz usunąć. Tak naprawdę więc v-państwo trzyma w ręku owner jego listy. Ja ownerem nie jestem — i dlatego moja władza jest ograniczona. Choć jestem premierem, to nikogo nie mogę z Cyberii wyrzucić. Co zresztą akurat mi nie przeszkadza.

Krzywe odbicie realnej polityki

Wydawałoby się, że uczestnicy owej gry czy zabawy w wirtualne państwa (a w „polskim świecie wirtualnym” ich liczbę oceniam na co najmniej kikuset stale aktywnych, a łącznie około tysiąca formalnie gdzieś obecnych) będą traktowali swoją działalność raczej „na luzie”. Tym bardziej, że spora część z nich to licealiści i studenci.

Nic bardziej błędnego! W v-państwach jak w krzywym zwierciadle odbija się „realna” polska polityka. Posłowie, ministrowie, premierzy i prezydenci, niesłychanie przywiązują się do swych tytułów i urzędów. Starannie umieszczają je w podpisach w swoich listach.

Kurczowo też trzymają się swoich stołków. Metody na utrzymanie się przy władzy są różne. Jeśli prezydent, minister czy władca jest ownerem listy dyskusyjnej, może jednym naciśnięciem klawisza komputera pozbyć się niechętnego sobie oponenta. Ba! W ten sposób bez problemu likwiduje się wszelakie rewolucje. A jeśli ownerem nie jest — to jako minister zazwyczaj dobrze go zna. Może też w rozmaity sposób aktywizować obywateli podczas wyborów. Co za problem — zapisać znajomych, nawet tych zupełnie nie interesujących się wirtualną polityką, by w odpowiednim czasie zagłosowali…

W v-państwie nie sposób zrobić rewolucji, chyba, że „odgórnie”. Jest jednak prosty sposób na przewrót. Znając adresy e-mailowe obywateli, wystarczy stworzyć nową listę dyskusyjną — i przepisać na nią wszystkich oprócz dotychczasowego władcy. Niektórzy się wypiszą, ale jest szansa na nowy, własny kraj. Tak powstało co najmniej jedno polskie wirtualne państwo. — wspomniany już WKRP

Specyfiką v-państw, zwłaszcza tych bardziej zainteresowanych polityką, jest też pojawianie się w nich ludzi o skrajnych lub przynajmniej wyrazistych poglądach. Gdzie można w jednym miejscu spotkać faszystę, skrajnego („przedsoborowego”) katolika, zwolennika UPR — oraz propagatora SLD? Oczywiście: w wirtualnym państwie. Bo tu mogą oni bez problemu prezentować swoje poglądy, doskonale wiedząc, że zostaną wysłuchani. Najwyżej ktoś obrzuci ich wyzwiskami — i będzie musiał zadziałać sąd. Są takie v-państwa, w których sądy są strasznie aktywne. Na szczęście nie w mojej Cyberii.

Internetowe wojny

Skoro w v-państwie nie może być rewolucji, to — wydawałoby się — nie może też być wojny. Jest co prawda takie szalone państewko (nazwę litościwie pomijam), gdzie prezydent-licealista regularnie ogłasza jakieś mobilizacje albo też wypowiada innym wojny — ale i tak nikt się tym nie przejmuje. W mojej Cyberii był co prawda cień wojny domowej, ale stan wojenny wprowadziła królowa, a straty w ludziach poniósł tylko przeciwnik. Inaczej być nie mogło.

Ostatnio omal nie wybuchła wojna między Cesarstwem Leblandii a Republiką Baridas — lecz problem polegał na tym, że gdyby wybuchła, gdyby została wypowiedziana, nie bardzo byłoby jak ją prowadzić. Bo oba państwa mają oddzielne listy dyskusyjne, odrębne strony www — i obywatele mogą nawet nie zauważyć, że jest jakaś wojna.

Chyba, że dojdzie do wojny jak najbardziej realnej, choć w Internecie! Ale wtedy kończy się zabawa. To już nie wirtualna gra, to coś jak najbardziej realnego.

Można bowiem spróbować hackerstwa. Były rozmaite próby włamywania się do komputerów wrogich państw, hackerzy pojawiali się na listach dyskusyjnych — także w Cyberii. Co to za problem — zdobyć dostęp do rzekomo zabezpieczonej listy? Żaden! Co to za problem podszyć się za kogoś zupełnie innego, wypowiedzieć wojnę, ogłosić dymisję prezydenta czy abdykację króla! Albo wysłać „bombę e-mailową”, która skutecznie zapcha skrzynki pocztowe, zwłaszcza te niezbyt pojemne. Takie rzeczy już się w polskich v-państwach zdarzały. Pewnego razu „zahackowano” internetową stronę największego chyba polskiego v-państwa, Federacyjnego Królestwa Dreamlandu, pozostawiając zresztą wyraźne ślady, wiodące do internetowego Cesarstwa Leblandii. To ostatnie stanowczo zaprzeczyło, jakoby uczestniczyło w takich hackerskich przedsięwzięciach.

Tyle, że podobne postępowanie jest sprzeczne z całkiem realnym, polskim i zagranicznym prawem — albo co najmniej wątpliwe moralnie. Takich wojen oficjalnie nie popiera nikt.

Napadła na mnie OWCA

Napisałem, że częściej mnie krytykowano, niż chwalono. Oto jak mnie „zaklasyfikowała” opozycyjna Organizacja Wyzwolenia Cyberii (OWCA): na „liście osób uznanych za zbrodniarzy przeciwko wolności” jestem na miejscu trzecim: „Piotr de Zaym (premier, obrońca zbrodniczego systemu) ”.

Krótkotrwały obywatel Cyberii, a zarazem wspomniany już prezydent-licealista, pisał o moim cynizmie, a Cyberię nazwał „podłym i zdradzieckim państwem”. To i tak nic w porównaniu z „gnidą bez honoru”, którym to określeniem uraczył mnie innym razem.

A ciekawe, choć jak na mój gust zbyt radykalne, internetowe pismo „Balanga” nazwało mnie „klakierem truposzki” (tą truposzką była „zmarła” królowa) i marionetką.

Ale się tym wcale nie przejmuję — i mój rząd też). Minister gospodarki opracowuje właśnie program stworzenia giełdy, pani minister kultury i nauki kontynuuje konkurs na powieść w odcinkach, pani rektor Akademii Królewskiej z pewnością lada chwila wystąpi z planem zajęć naukowych na nowy rok akademicki, a ja właśnie wystąpiłem z wnioskiem o pełne członkostwo w jednej z międzynarodowych organizacji państw wirtualnych — SpUM. Normalnie, jak to w rządzie.

Piotr de Zaym

adres Cyberii: http://www.gra.w.pl [uwaga! historyczny i nieaktualny]

Advertisements

Gruba linia

Standard

Trawestując klasyka – Przeszłość odkreślamy grubą linią. Odpowiadać będziemy jedynie za to, co uczyniliśmy, by wydobyć Hasseland z obecnego stanu załamania.

Whirlpool vortex in water

Czytam dyskusję na temat Hasselandu na Kongresie Orientyki i przecieram oczy ze zdumienia. Tyle wrogich słów pod naszym adresem! Pretensje, podejrzenia, zarzuty!

Przyjrzałem się bliżej jednemu z organizmów (nie nazwę go mikronacją…), który jest szczególnie wrogo do nas nastawiony (i którego przedstawiciel jest szczególnie na Kongresie Orientyki aktywny). To “kraj” klnącego socjalizmu, bo przekleństwa i wulgaryzmy są tam nie przypadkowe, a ściśle celowe – jak kto z pięć razy w jednym zdaniu nie przeklnie, to chyba uważany jest za chorego. Oto skrót tekstu na mój temat. Wulgaryzmy wykropkowałem:

Zaym ….. ….. ….. …..   ….. ….. ….. ….. ….. Zaym, ….. ….. ….. ….. ….. …..   ….. ….., ….. …..

Prawda, że ciekawe? Fascynujące! Ja jestem zdania, że twórcy klnącego socjalizmu muszą mieć jakiegoś wroga, wybrali więc sobie Hasseland i moją skromną osobę. Cóż; z takimi ludźmi nie ma co dyskutować, bo najpierw trzeba by przejść kurs wulgaryzmów, a ja nie mam zamiaru gdzieś w ciemnym zaułku szukać jegomościów co mnie nauczą jak dobrze kląć.

Jest też grupa przedstawicieli mikronacji, którzy z jakiegoś – rzeczywistego czy urojonego – powodu czują do nas wielką urazę. Można próbować ich przekonywać, że niesłusznie, choć raczej czarno to widzę. Oni już wydali na nas wyrok. A przede wszystkim nas nie lubią. W polityce niby sympatie i antypatie się nie liczą, ale niekoniecznie w polityce mikronacyjnej. Zastanawiające, że ani Trizondalowi, ani Winktown, nigdy nie zrobiliśmy niczego złego. A przynajmniej ja nic o tym nie wiem. Może ktoś mnie oświeci?

Są też osoby, które patrzą na sytuację w Hasselandzie rzeczowo, ale mają rozmaite pretensje za nasze przeszłe działania. Za naszą pomoc dla uciśnionych Cyberyjczyków, za zajęcie “ziem niczyich”, zgodnie z nieistniejącą już konwencją. Tym mogę powiedzieć tak: wszelkie nasze działania wypływały ze szczytnych idei, ale niestety, popełnialiśmy błędy, których nie należało popełniać. Jesteśmy gotowi do dyskusji na te tematy, dyskusji szczerej i otwartej. Przeszłość odkreślamy grubą linią. Liczymy na rozmowy z wszystkimi, którzy tego zechcą, od Dreamlandu i Sarmacji po Wandystan. Bo lepsza współpraca niż boczenie się na siebie. Tak zawsze uważałem i tak uważam.

Piotr de Zaym

CZY INTEGRACJA MIKRONACJI JEST MOŻLIWA?

Standard

dEBATY

Wszystkie dotychczasowe doświadczenia mówią nam: NIE! To jednak nie oznacza, że do takiej integracji nie może jednak dojść.
O czym mówię? Do tej pory mieliśmy dwie formy integracji. Pierwsza, to stworzenie organizacji v-międzynarodowej, jak Organizacja Polskich Mikronacji. OPM funkcjonował w miarę sprawnie, ale upadł – i dziś idea jego odbudowy, chocby w wersji “light”, budzi ogromne, negatywne emocje. Tak ogromne, że aż niezrozumiałe. Bo obawy przed czyjąś dominacją są śmieszne: w Internecie taka dominacja jest niemożliwe. Druga, to łączenie się mikronacji, znane głównie z wchłaniania mniejszych przez większe. Efekty bywały różne – czasem prowadziły do ostatecznego upadku tej wchłoniętej, czasem do konfliktu i “rozwodu”. Generalnie, jest spora obawa przed wszelkiego rodzaju uniami czy też federacjami. I nie bardzo wiem, która z obaw jest silniejsza: ta przed neo-OPM, czy ta przed unią?…
Tymczasem wiadomo doskonale, że małe mikronacje mają skromne szanse rozwoju. Mogą w zasadzie wegetowac, licząc na jakiś cud. Promocja mikronacji jest trudna, a zresztą – nikt jej nie prowadzi; próby wspólnej promocji, jak najbardziej logiczne i słuszne, zawiodły. Rozsądne byłoby łączenie, wspólny wysiłek, ale tego nie ma.
Skoro logiczna byłaby współpraca, to trzeba znaleźć środek na ograniczenie ewentualnych obaw. Spróbujmy pomyśleć, jak to zrobić. Na początek moja propozycja byłaby następująća:
1. Znajdźmy wspólny cel. Takim celem mogłaby być promocja mikronacji.
2. Znajdźmy sposób na równoprawną współpracę. Zamiast budować międzynarodową agencję, można założyć mikronacyjną firmę. Naprzykład Mikro-Promo. Na zasadzie spółdzielni – nie ma lepszych i gorszych, każdy ma 1 głos. Każdy udziałowiec, a nie państwo.
3. Spróbujmy działać. Zobaczymy, czy rezultaty będą lepsze niż samodzielne działanie poszczególnych mikronacji.
4. Jesli efekt będzie pozytywny, spróbujmy tworzyć nowe spółdzielnie, spółki, agencje celowe – po to, by umacniac nasze mikronacje.
5. Jeśli efekt będzie za słaby, wymyślmy nowy model działania.

doc.dr Piotr Paweł I (de Zaym), Rektor HKSW

Wystąpienie inauguracyjne Debaty Angemonckiej w HKSW z okazji Razuryjskiego Miesiąca Smoka