Wspólna promocja

Standard

Z uporem maniaka wracam do sprawy, której nie udaje się podjąć od lat: wspólnej promocji polskich mikronacji.

PROMOCJA

To jasne: najlepiej zrobić promocję samemu i przyciągnąć kilkudziesięciu… no, kilkunastu… choć kilku nowych obywateli. Wspólne akcje jakoś nie wychodziły, nawet w czasach gdy działała Organizacja Polskich Mikronacji, a szefowie państw i rządów raz na rok spotykali się w Warszawie.

Ale wtedy to jeszcze było nieźle. Nowi mieszkańcy jakoś się pojawiali. Teraz jest o wiele trudniej, choć jeszcze nie tragicznie – do Hasselandu zawitało ostatnio kilka osób. Liczymy na kolejne. Ale przydałoby się dużo więcej.

Zaletą wspólnej akcji może być zaoferowanie różnorodności mikronacji. Ktoś chce trafić do v-państwa w stylu staropolskim? Proszę bardzo. Ktoś pragnie kultywować kulturę grecko-bałkańską? Ależ taką też mamy. Ktoś inny woli atmosferę kanadyjsko-azjatycką – oto mamy Hasseland. Czemu nie w ten sposób?

Przynajmniej spróbujmy. Wykorzystajmy realowe Stowarzyszenie Polskich Mikronacji, poczytajmy podręczniki promocji, ustalmy wspólną akcję… Proponuję stworzenie Programu Promocji Polskich Mikronacji na zasadzie luźnej umowy v-międzynarodowej. PPPM działałby samodzielnie, poprzez SPM i w dowolny sposób. Zapraszam potencjalnych zainteresowanych. Wiem, wiem, brzmi to nierealnie, ale jestem optymistą…

Piotr Paweł I

Advertisements

Negocjacje – co to takiego?

Standard

Niejako “wywołany do tabilicy”, postanowiłem dorzucić kilka uwag do artykułu “Jaka piękna katastrofa!” Jerzego Zermatta i na marginesie artykułu “From Russia with Love” Helwetyka Romańskiego z Sarmacji.

1327526852_769

Kluczową rolę w dyplomacji odgrywają negocjacje. Zacytuję Wikipedię:

Negocjacje – dwustronny proces komunikowania się, którego celem jest osiągnięcie porozumienia, gdy przynajmniej jedna strona nie zgadza się z daną opinią lub z danym rozwiązaniem sytuacji. Negocjacje to sposób porozumienia się w celu rozwiązania konfliktu oraz dojścia do porozumienia obydwu stron, proces wzajemnego poszukiwania takiego rozwiązania, które satysfakcjonowałoby zaangażowane w konflikt strony. Skuteczne negocjacje – bazują na umiejętności rozpoznawania potrzeb adwersarzy, ich wzajemnym powiązaniu lub kompromisie pomiędzy nimi. Rzeczywiste potrzeby adwersarzy zwykle są ukryte i mogą znaczenie odbiegać od zgłaszanych interesów i celów, które są tylko pewnymi pomysłami na zaspokojenie tych potrzeb.

W kwestii unii Sarmacja zaproponowała kilka wariantów, sprowadzających się do tego, że Hasseland stałby się jej częścią o wyższym lub niższym statusie. W odpowiedzi, Hasseland zaproponował unię zdecydowanie luźniejszą, sprowadzającą się do przekazania polityki zagranicznej i sądownictwa Sarmacji, umożliwieniem podwójnego obywatelstwa, a także kontynuowania negocjacji celem dalszej integracji.

To była dobra chwila na próbę osiągnięcia zbliżenia stanowisk. Nawet, jeśli wydawało się, że są one rozbieżne, to przecież można było poszukać czegoś, co je łączy. Nastał czas na negocjacje. Zacytuję swoje słowa z dyskusji w Senacie Hasselandu:

Moją propozycję trzeba rozumieć jako początek, a nie koniec integracji. Oczywiście, łatwiej robić wszystko od razu, ale nie zawsze można łatwiej. Czasami trzeba trudniej.

Niestety, stało się inaczej. Strona sarmacka odrzuciła propozycje hasselandzkie bez żadnej poważniejszej dyskusji. Znów zacytuję swoje słowa:

Mówiąc wprost: ja proponowałem negocjacje i stopniową integrację; Szanowni Sarmaci proponują przyjęcie ich warunków i to możliwie natychmiast.

Bo tak właśnie było. Oferty obu stron miały być podstawą do rozmów. Do rozmów tymczasem nie doszło! Negocjacje nie polegają na wyrzucaniu sobie braków i błędów, na obrażaniu się! Negocjacje mogą być trudne i twarde, ale obie strony muszą być gotowe do ustępstw. Do jakich ustępstw była gotowa strona sarmacka? Mam wrażenie, że do żadnych.

Gdyby Sarmacja zgodziła się na hasselandzkie propozycje, może w korzystniejszym dla siebie wariancie, to mogłaby skutecznie przyciągać do siebie Hasseland. Mogłoby to trwać tygodnie i miesiące, ale pewno nie lata – i doszłoby do dużo ściślejszej integracji. Byłoby okazją do fascynujących dyskusji, szukania rozwiązań, debat, nawet kłótni – ale budujących. I nawet, gdyby wszystko skończyłoby się na niczym, to te miesiące pobudzałyby nas do działania. Pobudzałyby obie strony.

Obecność ambasadora Sarmacji w Hasselandzie z pewnością zwiększyłaby liczbę jego aktywnych mieszkańców. Podobnie jak obecność kilku dalszych Sarmatów. Natomiast obecność kilku Hasselandczyków w Sarmacji zwiększyłoby aktywność samej Sarmacji. To wszystko budowałoby więzi, coraz bardziej trwałe. A tak – ani Hasseland, ani Sarmacja nie będą mieć żadnych korzyści. Poza chwilą wzajemnego oburzenia. W Hasselandzie na Sarmatów, w Sarmacji na Hasselandczyków. No i oczywiście w Sarmacji także na moją skromną osobę, bo okazuje się, że to ja jestem wszystkiemu winien. Bo wymyśliłem sobie działanie w formule dyplomatycznej, a więc – negocjacje. Bo wydawało mi się, że jesteśmy w wirtualnych, ale jednak – państwach. I że najbardziej fascynujące w funkcjonowaniu w takiej formule jest dochodzenie do konsensusu. I potem realizacja uzgodnionych ustaleń. I dalsza dyskusja, bo rzadko kiedy mamy koniec jakiegoś problemu, jakiejś sprawy.

Ale widać się myliłem.

Piotr Paweł I

 

Jaka piękna katastrofa!

Standard

Debata w sprawie unii sarmacko-hasselandzkiej zakończyła się katastrofą. Zresztą, była na nią skazana.

images

Patrząc na zimno: to była komedia omyłek. Po postach króla Hasselandu Piotra Pawła I na forum sarmackim (a ściślej mówiąc – podforum prowincji Gellonia i Starosarmacja) Sarmaci uznali, że Hasseland woła o ratunek, a takim ratunkiem może być inkorporacja, albo w formie miasta, albo podprowincji czy prowincji. To była pierwsza omyłka; słowa króla nie były wołaniem o ratunek, a o pomoc i współpracę – i na pewno nie o pomoc za wszelką cenę.

Drugą omyłkę popełnił sam Piotr Paweł I, publikują skrót dyskusji z sarmackiego forum na forum hasselandzkim. To, co oczywiste dla niego i dla Sarmatów, wszelkie nawiązania do przeszłości (przypomnijmy – Piotr Paweł I jako diuk był m.in. kanclerzem i MSZ Sarmacji), było absolutnie nieoczywiste dla Hasselandczyków. Propozycje, by Hasseland stał się miastem czy podprowincją brzmiały dla nich skrajnie niekorzystnie i wręcz obraźliwie.

Trzecią omyłką było zaproszenie, wystosowane przez Króla Piotra Pawła I dla Sarmatów na debatę w Senacie Hasselandu. Najpierw trzeba było zorganizować dyskusję we własnym gronie, a potem zapraszać na nią gości.

Wreszcie czwarta omyłka – przybycie “desantu” sarmackiego. Cztery osoby, w tym książę, które przyszły chyba z przekonaniem, że oto czynią świetną propozycję i Hasselandczycy z radością ja przyjmą. Najwyraźniej, Sarmaci nie byli gotowi na rzeczową dyskusję. Nie byli gotowi na negocjacje.

I omyłka piąta – zachowanie Sarmatów, którzy na Hasselandczyków patrzyli z góry, jak na kogoś gorszego i wyrażali zdumienie, że Hasseland sam ośmiela się coś proponować. Przybyli z darem: “Sarmacja was przyjmie” – a dar został przyjęty niechętnie. To dla nich było oburzające.

Wreszcie, omyłka piąta bis, czyli obecność na debacie przedstawiciela Sarmacji Gauleitera Kakulskiego, który będąc gościem zachowywał się skrajnie arogancko i nieuprzejmie, jakby chciał zniszczyć pomysł unii w samym zarodku. Może jako eks-Scholandczyk czuł się zagrożony wizją tej unii?

Oczywiście, już za późno – więc po co mówić, że trzeba było inaczej? A jak trzeba było? Po krótkiej debacie w Senacie, z udziałem co najwyżej jednego przedstawiciela Sarmacji, rozpocząć poufne negocjacje. I podczas tych negocjacji wypracować kompromis (lub nie). No, ale teraz negocjacje raczej nic nie dadzą. Jak to napisał Premier Virtulius, dziecko zostało wylane wraz z kąpielą i trzeba poczekać, może znów do niej wskoczy…

Jerzy Zermatt