Obawy i wielki, wielki strach

Standard

7-fear-has-stolen   (fot. z Internetu)

Skończył się Szczyt Wolnogradzki. Wśród wypowiedzi dominowały obawy i niepokoje. To naprawdę może zdumiewać.

Zacznijmy od kilku cytatów poświęconych Organizacji Polskich Mikronacji:

Organizacja, która ma być biurokracyjnym kolosem nie ma sensu, a stworzenie kolejnego oddzielnego forum tym bardziej nie zaktywizuje społeczeństwa mikronacyjnego.

Wskrzeszanie OPM ani też tworzenie podobnego tworu nie ma racji bytu. Do takiej organizacji nigdy nie przystąpią wszystkie v-państwa.

Wskrzeszanie OPM lub tworzenie nowej formy biurokratycznych organizacji jest kompletnie niepotrzebne, a wręcz szkodliwe bo sprawia, iż mikronacje nie pracują nad własnym rozwojem a skupiają sie właśnie na zadaniach owej organizacji.

tworzenie tudzież wskrzeszanie OPM jest rzucaniem się na głęboką wodę. Dobra wola do współdziałania w tak dużym (przynajmniej planowo) tworze jest niezbędna, a tej częstokroć z różnych względów brakuje.

W obecnej erze mikronacji nie jest potrzebna biurokratyczna organizacja, która będzie opierała się na prowadzeniu debat. Osobiście powątpiewam, by kolejna taka organizacja na bazie OPM-u mogła wprowadzić coś pożytecznego.

Oraz, czy warto współpracować z innymi mikroświatami:

Współpraca z innymi mikroświatami zapewne nie przyniesie nam mieszkańców, ani nie będzie prowadzona na szerszą skalę

Moim zdaniem nie ma to sensu.

Również nie widzę sensu porywania się na współpracę z mikronacjami obcojęzycznymi.

To oczywiście tylko cytaty. Były i głosy przeciwne. Ale zastanawiają te wielkie obawy. OPM jako potwór pożerający mikronacje i współpraca z obcojęzycznymi mikrjoacjami jako zło którego trzeba uniknąć. Czyli – jeśli współdziałanie w ramach polskich mikronacji, to najlepiej nie zinstytucjonalizowane, tylko co najwyżej w formie cyklicznych szczytów – i absolutnie koniecznie nie wolno tworzyć jakiegoś organu, który między szczytami miałby inne kompetencje niż tablica ogłoszeniowa. A już współpraca z zagranicą jest wykluczona, bo to strata czasu.

Odpowiem na to: najlepiej nic nie robić, to nie zrobi się żadnych błędów. Tylko – po co nam nuda nicnierobienia? I życie w strachu, że coś lub ktoś nas zdominuje? Jakiś OPM albo inny Bastion Union?… ZGROZA!

Jerzy Zermatt

Advertisements

Jak założyć wielką i uznawaną powszechnie mikronację

Standard

Kiedyś – rzecz niesłychanie trudna, dziś – nic prostszego. Wystarczy stworzyć darmową strone internetową, darmowe forum i skorzystać z pewnego międzynarodowego aktu prawnego.

tank

Pomińmy etap dotyczący strony i forum – po prostu zakładamy Wielkie Imperium Grandominoli (nazwa przykładowa, równie dobrze może być Świetlana Hierarchia Dendroczynu), nakreślamy sobie (nie żałując terytorium!) nasze państwo na mapie mikronacji, mianujemy się Wielkim Imperatorem Grandominolem I, ogłaszamy Grandominolę mikronacją czyli państwem wirtualnym  i…

…i sięgamy po KONWENCJĘ o prawie morza, sporządzoną w Dreamopolis dnia 23 grudnia 2014 roku. Ten dokument jest dla nas niesłychanie ważny. Przyjrzyjmy się Art. 14. [Przystępowanie do Konwencji i wypowiadanie jej]:

1. Konwencja jest otwarta dla wszystkich polskich państw wirtualnych.
2. Przystąpienie do Konwencji następuje z chwilą notyfikowania faktu ratyfikacji jednemu z Depozytariuszy Konwencji.

Co to dla nas oznacza? Ano, że możemy ją podpisać. Nigdzie w Konwencji nie ma ani słowa, co to jest państwo wirtualne. Możemy domniemywać, że państwami wirtualnymi są wszystkie podmioty tak się określające. W OPM były pewne wymogi – bodaj co najmniej 5 aktywnych mieszkańców, strona internetowa, forum lub lista dyskusyjna, istnienie od chyba pół roku. Ale Konwencja niczego takiego od nas nie wymaga!

Szybciutko więc podpisujemy i uroczyście ratyfikujemy. Następnie wysyłamy maile do Depozytariuszy:

Art. 13. [Depozytariusze Konwencji]
1. Depozytariuszami Konwencji są Królestwo Dreamlandu, Państwo Kościelne Rotria i Imperium Skarlandu.

Depozytariusz nie może odmówić przyjęcia takiego dokumentu i musi nas wpisać na Listę Stron Konwencji. I mamy pierwszy. wspaniały tego skutek, bowiem jak stwierdza Konwencja:

Art. 2. [Zakres suwerenności terytorialnej]
2. Każda Strona niniejszej Konwencji uznaje integralność terytorialną pozostałych Stron, oznaczającą nienaruszalność jej terytorium.
3. Strony niniejszej Konwencji zobowiązują się do nieprowadzenia i niepopierania działalności, mogącej szkodzić integralności terytorialnej i nienaruszalności terytoriów pozostałych Stron.

Czyli z chwilą gdy Depozytariusz otrzyma dokument ratyfikacyjny, wszyscy którzy podpisali Konwencję uznają naszą integralność terytorialną! A więc de facto uznają nasze Wielkie Imperium Grandominoli!

Żarty na bok. Ci, którzy Konwencję sporządzili, mieli wielkie chęci i słuszne przyświecały im cele, ale wyszło nienajlepiej. Szkoda.

Jerzy Zermatt